Opcje:

Opowiadania

rozmiar tekstu: A AA AAA

Strony: <  1  2  3  4  5  6    >

Opowiadania Sortuj: Wedłg daty | ilości punktówDodaj w tej kategorii

39768 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-07-16 15:58, punktów: 1
Obieranie pomarańczy

Ernest Hemingway, autor znanego "Starego człowieka i morze", przeszedł momenty od ciężkiej fizycznej aktywności do okresów całkowitej bezczynności. Przed zasiadaniem do pisania stron nowej powieści, spędzał godziny obierając pomarańcze i wpatrując się w ogień.
Pewnego ranka, reporter zauważył ten dziwny zwyczaj.
- Nie myślisz, że marnujesz swój czas? - spytał dziennikarz. - Jesteś tak sławny, nie powinieneś robić ważniejszych rzeczy?
- Przygotowuję moją duszę do pisania, jak wędkarz przygotowujący sprzęt przed wyjściem w morze - odpowiedział Hemingway. - Jeśli tego nie zrobię i będę myślał tylko o połowie ryb, nigdy nie osiągnę czegokolwiek.

- Paulo Coelho
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37125 | Opowiadania | Dodał: ulinka, 2012-02-09 09:05, punktów: 0
Siedząc nad rzeką czekała na niego.
Wiatr rozwiewał Jej włosy,
a słońce nadało im rudawy odcień.
Wyglądała nadzwyczaj pięknie.
Usłyszała kroki.
Automatycznie na Jej twarzy pojawił się uśmiech.
Nie musiała się odwracać, żeby upewnić się,
że to On po prostu to czuła.
Po chwili niepewnie usiadł koło Niej.
Nawet się nie przywitał patrzył jedynie w dal.
Przytuliła go tak jak zawsze najbardziej lubił.
Siedziała w ciszy wtulona w Niego.
- To... to koniec. - wykrztusił.
Jej serce wpadło w arytmię,
z oczu pociekły słone krople.
Po kilku sekundach podniosła
zalaną łzami twarz znad Jego piersi.
Wciąż na Nią nie patrzył
Wstał. Odszedł.
- Jesteś mi tak bardzo potrzebny... - wyszeptała.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37647 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-22 09:54, punktów: 0
SMAK OCZEKIWANIA wrzuć na facebook5

Postanowiła nie jeść. Od września wzbogaciła się o kilka cm w pasie, biodrach, udach. Jej noworoczne postanowienie: nie tknę słodyczy. Ani cukierków, ciasteczek czy ukochanych ostatnio m&m’sów. Poznali się w nietypowych okolicznościach. Przedstawiono ich sobie w maleńkim kiosku nieopodal bocznego wejścia do Centrum Onkologii. Był czerwiec. Czekała na konsultację. Anestezjolog nie przychodził. Nie była głodna. Poszła kupić wodę, a wyszła z nimi. Orzeszki laskowe w mlecznej czekoladzie. Skusiły ją żółtym opakowaniem. Miała nadzieję, że zarażają optymizmem. Od tej pory ilekroć je mija na sklepowych półkach przypomina sobie tamten dzień, w którym ich smak został przypisany oczekiwaniu i bezsilności. Pozostanie im przypisany do końca ich spożywczego bytu. Otworzyła. Okazały się duże, kolorowe i faktycznie nie rozpuszczały się w dłoni, choć mocno je ściskała. Później zabierała je ze sobą. Razem jeździli autobusem 69 w kierunku osiedla Tatrzańskiego przez Centrum Onkologii. Towarzyszyły jej w windzie dla pacjentów, recepcji i korytarzu na oddziale chirurgii onkologicznej. To zdumiewające, ale nie puściły ani razu farby z ust. Musiały być dzielne tak jak i ona. Czasami, gdy nie miała siły wstać wcześniej by tam pojechać, dawały jej zastrzyk energii chwilowo podtrzymując na duchu. Zastępowały śniadanie, obiad, kolację. Były jedynymi świadkami łez. Łez bezsilności. Przestała je kupować w sierpniu, ale nie mają jej tego za złe.

Pierwsze łóżko po prawej. Jedyne łóżko z „kunim”. Kuń był koloru zielonego, pewności co do tego nie mam, może i był błękitny. Za to na pewno musiał być silny. Dźwigał ciężar babci próbującej usiąść lub przewrócić się na drugi bok. Kuń był paskiem od szlafroka. Posłusznie przywiązany do przedniego oparcia czekał, aż wychudzone palce go chwycą by wykonać prosty manewr. Gdy ma się przerzuty do kości nic nie jest proste. Kuń miał na imię szkapa, nie jadał owsa, nie galopował. Stał w pogotowiu i nie zgadniecie, ale też nie rozpuszczał się w dłoni, a możecie mi wierzyć mocno były zaciśnięte w sześćdziesięcioletnich piąsteczkach jego lejce. Nie skarżył się, że boli, tak jak i babcia. Ból wykrzywiał jej twarz niemiłosiernie. Pomarszczył jeszcze bardziej skórę i raczył się jej cierpieniem. Był dumny z siebie patrząc w lustro szpitalnej toalety. Wiele udało mu się dokonać w zaledwie rok. Zjadał ją systematycznie komórkę po komórce. Po pół roku ważyła 12kg mniej. Minęło sześć miesięcy i kolejne 10 mniej. Ciągle nie mógł się zasycić. Pasibrzuch.

Pasibrzuch jej nienawidził, bo wcale się go nie bała. Przerażenie w oczach dodawało mu animuszu, a strach przed nim podbudowywał jego ego. Złamał ją fizycznie, ale nie psychicznie. Walczyła do końca. Do końca wierzyła w zwycięstwo. Odważnie spoglądała w lustro dzień po dniu. Zaciskała zęby. Nie narzekała.

― Gnoty mnie bolą siostrzyczko, bo tak się zeschłam― tłumaczyła.

Denerwowały ją notorycznie powtarzane pytania jak się czuje. A jak może czuć się ktoś chory, śmiertelnie chory? Rewelacyjnie i z dnia na dzień lepiej, nie wiedzieliście o tym? Nie zgadzacie się? To po co te głupie pytania. Mówią, że nie ma złych pytań. To jest wyjątek potwierdzający regułę. Nie liczyła na litość. Szukała zrozumienia. Inni też szukali.

Inni. Córki, synowie, mąż, synowa, wnuki, bratowa, przyjaciółka, która załatwiła jej dawno temu pracę i przy okazji nauczyła palić, sąsiadka życzliwie pytająca czy Janka ma się lepiej. Każdy z nich szukał. Szukali różnie. Odpowiedzi na pytanie dlaczego? Chętnego co przyjmie łapówkę w zamian za przyjęcie do szpitala. Szybsze przyjęcie. Lekarstwa. Pocieszenia. Jedni pili, drudzy chodzili na msze i gorliwie się modlili. Ktoś się śmiał w głos. Ktoś wieczorami tańczył, a jeszcze inny krzyczał na wszystkich. Radzili sobie jak mogli najlepiej. Na swój własny sposób. Starali się być dzielni. Nie rozumiała czemu płaczą. Czemu mają podpuchnięte oczy. Czemu przynoszą jej owoce i jogurty jak ona nie może jeść, bo ciągle wymiotuje. Straciła apetyt. Wymyśliła, że jak przestanie jeść to nie będzie miała czym wymiotować i przestanie. Nie przestała.

― Lekarz powiedział, że mam nowotwór, znaczy się raka. Wiedziałaś? ― spytała obojętnie.

― Tak.

― A od kiedy wiesz?

― Od początku.

― Mają mi usunąć żołądek, co ja wtedy będę mogła jeść Martunia?

Była za słaba na operację. Nie przeprowadzono jej, bo było za późno. Pozostały naświetlania. Miały zmniejszyć ból. Nie zmniejszyły. Nie dojechała na nie.

― Córcia, czemu nie chcą mnie zoperować? ― dopytywała, a Marta patrząc w oczy mówiła z przekonaniem:

― Stwierdzili, że jesteś za słaba na zabieg i możesz się nie wybudzić. Muszą najpierw cię wzmocnić. Spróbują naświetleń, będziesz miała chemię, a potem…

― O matko, to mi włosy wyjdą― przeraziła się ― jakąś chusteczkę założę.

Wtedy się popłakała. Nie dlatego, że odchodzi. Żal jej było włosów.

― Jak tylko wyjdę z tego przeklętego szpitala zjem chleb z boczkiem i kotlety mielone z sosikiem i kartofelkami. Albo zrobię sobie golonkę, taką tłustą, bo babcia lubi tłuste. Już czuje jej smak, jak rozpływa się w ustach. Jak byłaś mała też lubiłaś takie tłuste. Kuśte i kuśte! Kłóciłaś się… ― zamyśliła się. Zasnęła. Wcale nie spała. Zmęczona była i chciała spokojnie pomarzyć o pomidorówce na kościach, kaczej szyi i kuper, cały dla niej!

― Córka, jeszcze jesteś? Przysnęłam chyba… Jedź już do siebie, nie musisz mnie pilnować. Nie bój się, babcia nigdzie nie ucieknie ― mówiła wolno, coraz wolniej i ciszej ― śniła mi się botwinka. Taka z młodych buraczków. Zjadłabym ją sobie, niech no tylko wyjdę… ― opuściła głowę na poduszkę i powtórzyła ― niech no wyjdę…

A jak smakuje twoje oczekiwanie?

Autor: martatrzasi
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37650 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-22 10:08, punktów: 0
Walka z chorobą

Minęła ta ciągła niepewność,minęły smutne dni. Wyszło wreszcie słońce, zakwitły kwiaty. Dzień nie jest już szary jak zwykle. Sara-siedemnastoletnia dziewczyna rok temu dowiedziała się, że jest chora. Tego dnia zawalił się jej cały świat, diagnoza była jednoznaczna, Sara musiała dostać nowe serce. Czas uciekał ,a ona dnia na dzień traciła nadzieję na lepsze jutro. Nic ją nie interesowało, zamknęła się w sobie, z nikim nie chciała rozmawiać. Wspominała swoje życie, tak krótkie. Żałowała, że zmarnowała te 17 lat na ciągłym przesiadywaniu przed komputerem lub telewizorem. Była zamknięta jak w klatce. Z domu wychodziła jedynie do szkoły lub do sklepu. Nie miała dobrego kontaktu z rodzicami,młodszą siostrą i koleżankami z klasy. Była sama. Kiedy leżała w szpitalu przez jej głowę przelatywało wiele myśli. Nie mogła zrozumieć, dlaczego zachorowała.Zastanawiała się czy to kara za jej zachowanie, czy Bóg zapomniał o niej? Te kilka miesięcy na jednym z oddziałów szpitala spowodowały, że Sara zrozumiała jak ważne jest życie. Leżała na sali z siedmioletnią dziewczynką, która była bardzo ciężko chora. Gabrysi zostało zaledwie kilka dni życia, a ona była pełna energii, chciała wykorzystać ten czas jak najlepiej. Sara nie mogła zrozumieć,dlaczego na jej twarzy gości cały czas uśmiech, przecież za kilka dni może nie być jej już wśród żywych.

- Dlaczego cały czas się śmiejesz, tryskasz radością kiedy wiesz, że umierasz? – spytała Sara.

-Mam 7 lat i wiem, że kiedy umrę ludzie będą mnie wspominać taką jaką byłam. Nie chce żeby zapamiętali mnie płaczącą i histeryzującą, dlaczego mnie to spotkało. Moja mamusia mówi, że Bógułożył dla każdego scenariusz życia, ale to od nas zależy jak je wykorzystamy.Ja czerpie z tego życia jak najwięcej, cieszę się, że mam rodzinę, przyjaciół.Raduję się kiedy widzę jak zmienia się świat, który mnie otacza, jak spada pierwszy śnieg w zimie, zakwita trawa wiosną, ludzie pływają w morzu latem i jak robi się kolorowo, gdy przychodzi jesień. Cieszę się kiedy rano mogę wstać i iść do szkoły, a wieczorem podziękować Bogu za to co mnie dziś spotkało. –odpowiedziała Gabrysia

-Jesteś jeszcze mała i nie rozumiesz pewnych spraw. Życie wcale nie jest takie kolorowe jak sobie wyobrażasz. Świat jest pełen przemocy i okrucieństwa, a ludzie są mili, gdy jesteś im do czegoś potrzebna.

-Nie poznałam świata od tej drugiej strony, ale wiem, że ty dostrzegasz jedynie jego wady. Nic cię nie cieszy.Wyjrzyj przez okno i powiedz mi co widzisz.- poprosiła Gabrysia

Sara z lekką niechęcią podeszła do szpitalnego okna.

- Widzę ludzi, drzewa, słońce…. –powiedziała Sara

- Ja widzę słońce, które specjalnie dla mnie wyjrzało zza chmur, drzewa, które kłaniają się na mój widok, kwiaty witające mnie radośnie i ludzi uśmiechających się do mnie przyjaźnie.

- Widzisz to co chcesz zobaczyć,a w rzeczywistości wcale tak nie jest.

- Masz rację, może i nie jest,ale ja chce dostrzegać tylko dobre strony świata, a te złe odpychać na boczne tory. – odpowiedziała Gabrysia i z uśmiechem na ustach wyszła z Sali.

Sara została sama. Zastanawiała się nad tym co powiedziała jej dziewczynka. Wieczorem kiedy położyły się już spać, Gabrysia uklęknęła i zaczęła się modlić. Po skończonej rozmowie z Bogiem zwróciła się do Sary:

- Pomyślałam sobie, że Bóg ingerował w to, że znalazłyśmy się na tej samej sali. Ty jesteś pesymistką,która nie lubi ludzi, stroni od nich, a świat widzi tylko w szarych barwach,natomiast ja jestem optymistką, która kocha życie i zna jego wartość. Docenia to, że mogła się urodzić i żyć właśnie w takich czasach. Może ja mam być lekarstwem dla Twojej zranionej duszy. Mam pomóc zrozumieć tobie wartość życia i pokazać świat przez różowe okulary?

Sara nie odpowiedziała, zastanawiała się nad sensem wypowiedzianych przez małą słów. A może faktycznie ocenia ludzi i świat zbyt krytycznie? Zmęczona usnęła, w nocy obudził ją hasał. Gdy otworzyła oczy zobaczyła lekarzy, którzy walczyli o życie Gabrysi. Niestety długa reanimacja nie przyniosła żadnych efektów. Mała odeszła na zawsze….

Te kilka dni po śmierci Gabrysi minęły Sarze nad rozmyślaniem nad jej życiem. Zaczęła wychodzić na świeże powietrze, słuchać śpiewu ptaków, obserwować świat. Spotykała się ze znajomymi ze szkoły. Z dnia na dzień zmieniała się. Zaczęła dostrzegać szczegóły. Pewnej nocy w swoim śnie zobaczyła uśmiechniętą Gabrysię, która wyciągała do niej swoje drobne rączki.

- Czy ja umieram?- zapytała Sara

- Wszystko zależy od Ciebie. Mogę zabrać cię ze sobą jeśli nie chcesz już żyć, ale możesz się odwrócić i cieszyć się każdą sekundą, którą dostałaś od Boga. – odpowiedziała Gabrysia

- Nie chcę umierać. Dzięki Tobie zrozumiałam, że życie jest piękne i nie warto z niego rezygnować.

Gdy Sara wypowiedziała te słowa,Gabrysia zniknęła, a ona obudziła się i ujrzała obok siebie lekarza, który powiedział jej, że ma dla niej serce. Nigdy nie czuła się tak szczęśliwa …

Po operacji Sara zmieniła sposób swojego życia. Teraz jest uśmiechnięta, spotyka się ze znajomymi, kocha przebywać na świeżym powietrzu. Doświadczenia ze szpitala zmieniły ją. Już wie,że nie należy zawracać sobie głowy zmartwieniami, a jej życie jest przystanią pod słońcem, w której czuje się bezpiecznie i szczęśliwie …
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37675 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:14, punktów: 0
Najpiękniejsze serce

Pewien młodzieniec chwalił się, że ma najpiękniejsze serce w dolinie. Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie i błyszczące. Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne.

Jednak w pewnym momencie jakiś strzec z tłumu krzyknął: Dlaczego twierdzisz, że twoje serce jest najpiękniejsze skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego?

Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał. Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków. Wiele tez w nim było kawałków które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca. Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa że jego serce jest piękniejsze skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne jak jego własne serce.

Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca.

Powiedział też, aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł:

- Widzisz te blizny i brakujące kawałki? Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób a niesie to ryzyko, bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych , ale oni nie dają nam nic w zamian.

Stąd te blizny, bo choć dałem im część swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje. Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu.

Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili.

Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo.

Padli sobie w ramiona i rozpłakali się, po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni. Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca w miejsce brakującego kawałka, który dał starcowi. Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca.

Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał.

Autor- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37685 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 19:21, punktów: 0
FATHER FORGETS

Posłuchaj synu: mówię to, gdy śpisz, z rączką pod policzkami
i z blond włoskami rozsypanymi na czole.
Sam wszedłem do twojego pokoju. Przed kilku minutami, gdy usiadłem w bibliotece,
by poczytać, ogarnęła mnie fala wyrzutów i pełen winy zbliżam się do twego łóżka.
Myślałem o swoim postępowaniu: dręczyłem ciebie, robiłem ci wymówki,
gdy przygotowywałeś się, aby wyjść do szkoły, gdyż zamiast umyć się wczoraj,
jedynie otarłeś sobie twarz ręcznikiem i zapomniałeś wyczyścić sobie buty.
Zwymyślałem cię, gdy zrzuciłeś coś na podłogę.
W czasie śniadania też wytykałem ci twoje uchybienia, że spadło ci coś na na serwetkę,
że przełykałeś chleb niczym zagłodzony zwierzak, że oparłeś się łokciami o stół,
że zbyt grubo posmarowałeś masłem chleb.
Gdy bawiłeś, ja przygotowywałem się do wyjścia na pociąg.
Oderwałeś się od zabawy, pokiwałeś mi rączką i zawołałeś:
Cześć tatulku! A ja zmarszczyłem brwi i powiedziałem: Trzymaj się prosto.

Wszystko zaczęło się na nowo późnym popołudniem.
Gdy przyszedłem z pracy, bawiłeś się klęcząc na ziemi.
Zobaczyłem wtedy dziury w twych skarpetkach.
Upokorzyłem cię przed kolegami , wysyłając cię do domu.
Skarpety kosztują, mówiłem, gdybyś musiał je kupić je sam,
obchodziłbyś się z nimi bardziej ostrożnie.
Przypominasz sobie, jak wszedłeś nieśmiało do salonu,
ze spuszczonymi oczami, drżąc cały po przeżytym upokorzeniu?
Gdy uniosłem oczy znad gazet, zniecierpliwiony twym wtargnięciem,
z wahaniem zatrzymałeś się przy drzwiach.
Czego chcesz? - zapytałem ostro.
Ty nic nie powiedziałeś, podbiegłeś do mnie,
zarzuciłeś mi ręce na szyję i ucałowałeś mnie,
a twoje rączki uścisnęły mnie z miłością, którą Bóg złożył w twoim sercu,
a która - choćby i nie odwzajemniona - nigdy nie więdnie.
Potem poszedłeś do swego pokoju, drepcząc wolno po schodach.

Otóż synu, zaraz potem, gdy z ręki wysunęła mi się gazeta,
ogarnął mnie wielki lęk.
Co się ze mną dzieje?
Przyzwyczajam się do wynajdowania win, do robienia wymówek.
Czy to ma być nagroda za to,
że nie jesteś osoba dorosłą, że jesteś tylko dzieckiem ?
Dzisiejszej nocy tylko tyle.
Przyszedłem tu, do twojego łóżka i uklęknąłem pełen wstydu.

Wiem, że to jest nędzne wynagrodzenie ,
że nie zrozumiałbyś tych spraw, gdybym ci o nich powiedział, gdy się obudzisz.
Ale jutro będę dla ciebie prawdziwym tatusiem.
Będę ci towarzyszył w twoich zajęciach i zabawach ,
będę czuł się niedobrze, gdy tobie będzie źle
i śmiać się będę, gdy ty będziesz się śmiał.
Ugryzę się w język, gdy do ust cisnąć mi się będą słowa zniecierpliwienia.
Będę ciągle powtarzał sobie:
"On jest jeszcze dzieckiem, małym chłopczykiem!".

Boję się naprawdę, że dotąd traktowałem cię jak osobę dorosłą .
Tymczasem, gdy teraz widzę cię, synu,
skulonego w łóżeczku, rozumiem że jesteś jeszcze dzieckiem.
Wczoraj twoja główka spoczywała bezbronnie na ramieniu mamusi.
Zawsze wymagałem od ciebie zbyt wiele

Wymagamy zawsze zbyt wiele...od innych

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37688 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 19:25, punktów: 0
LAZUROWA GROTA

Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze.
Patrzył z zazdrością na ludzi, jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach.
- Ci to mają dobrze - zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku.
- Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się...
Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!

Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzny.
Pewnego dnia czekał na niego u drzwi domu.

- Ach to Ty, Boże - powiedział człowiek, gdy Go zobaczył.
- Nie staraj się mnie udobruchać. Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.

Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj.
Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie.

- Chodź ze mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru - powiedział.

Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży: małych, dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.

- To są ludzkie krzyże - powiedział Bóg. - Wybierz sobie jaki chcesz.

Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać.
Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny.
Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia.
Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ.
Złapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł, że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność.

Wreszcie w ciemnym kącie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki ani zbyt niewygodny. Wydawał się zrobiony specjalnie dla niego.
Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.

- Wezmę ten! - zawołał i wyszedł z groty.

Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój stary krzyż ten, który wyrzucił, wchodząc do groty.

"Jak noc nad ranem, tak życie staje się coraz jaśniejsze
w miarę, jak przeżywamy a przyczyna każdej rzeczy wreszcie się wyjaśnia" (Richter).

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37732 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-24 08:59, punktów: 0
Los ślimaka

Pewnego dnia, kiedy byłem z nim [Don Juanem] w mieście, podniosłem ślimaka ze środka chodnika i odłożyłem w bezpieczne miejsce, pomiędzy jakieś pnącza. Byłem przekonany, że pozostawiony samemu sobie, wcześniej czy później zostałby rozdeptany. Uważałem, że przenosząc go w bezpieczne miejsce, uratowałem mu życie.

Don Juan wykazał, że moje przekonanie było bardzo pochopne, bo nie rozpatrzyłem dwóch istotnych faktów. Po pierwsze, ślimak mógł uciekać przed śmiercią od trucizny zawartej w liściach winorośli, po drugie, mógł mieć wystarczająco silną wolę, aby przejść przez chodnik. Wtrącając się, nie uratowałem go, ale sprawiłem, że utracił to, co z takim trudem zyskał.

Oczywiście chciałem odłożyć ślimaka w miejsce, z którego go podniosłem, ale don Juan mi nie pozwolił. Powiedział, że przeznaczeniem ślimaka było to, że jakiś idiota przetnie mu drogę i wyhamuje impet. Jeśli zostawię go tam, gdzie go odłożyłem, być może ślimak zbierze wystarczającą moc, by podążyć tam, dokąd zmierzał.

Pomyślałem, że rozumiem o co mu chodzi. Najwyraźniej jednak zgodziłem się z nim jedynie powierzchownie. Najtrudniejszą dla mnie rzeczą było pozwolić innym – być.

- C. Castaneda
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38800 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 14:46, punktów: 0
Jest taki kwiat

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami żyła królewna, jedyna następczyni tronu, która była taka zła jak piękna. A była bardzo piękna. Nie było dnia, żeby komuś jakiejś krzywdy nie wyrządziła. Była nieznośna dla swojego otoczenia, nieposłuszna wobec swoich rodziców, dokuczała ludziom pracującym w pałacu. Od samego rana, od przebudzenia się dokuczała dziewczętom pokojowym, które pomagały jej ubierać się. Przy śniadaniu grymasiła, nie chciała jeść, przeciągała posiłek w nieskończoność. Była arogancka dla nauczycieli, którzy przychodzili, by ją uczyć. Przy obiedzie dochodziło często do awantur. Potrafiła rzucać talerzami, wywrócić wazę z zupą, wytrącić usługującym tacę z posiłkiem a nawet ściągnąć obrus ze stołu, wraz z zastawą. Po południu nie chciało się jej odrabiać lekcji. Wobec gości, którzy przychodzili z wizytą do jej rodziców, zachowywała się nieuprzejmie, czasem wręcz bezczelnie. Nie miała żadnych przyjaciół. Wszyscy bali się jej złości. Jedno co naprawdę kochała, to były kwiaty. Godzinami potrafiła siedzieć w ogrodzie, doglądała robotników pracujących tam, pielęgnowała kwiaty, własnymi rękoma plewiła grządki i przycinała gałązki, okopywała. Niektórzy mówili, że nawet rozmawia z kwiatami.

Razu pewnego przyjechał w odwiedziny król z sąsiedniego królestwa wraz z małżonką i swoim synem. Królewna, aby dokuczyć rodzicom, zapowiedziała, że nie przyjdzie na przyjęcie i faktycznie nie przyszła. Niespodziewanie tylko wpadła na moment do sali, gdzie ucztowano. Wszyscy zamarli ze strachu. Zrobiła się cisza. Nawet orkiestra przestała grać. Ale na szczęście nie doszło do żadnej awantury. Bez jednego słowa przeszła przez salę i znikła. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wtedy właśnie królewicz zobaczył ją i od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej. Po powrocie do domu oświadczył swoim rodzicom:

- Chcę królewnę pojąć za żonę.

- Po pierwsze nie wiadomo, czy ona zechce, żebyś ty był jej mężem. A po drugie, czy ty wiesz, jaka ona jest?

I wtedy opowiedzieli mu całą prawdę o niej.

Królewicz bardzo się zmartwił tym wszystkim, co usłyszał. Myślał, jak pomóc królewnie. Po jakimś czasie przyszedł do rodziców i oświadczył:

- Chciałbym pojechać do pałacu królewny.

Popatrzyli na niego nic nie rozumiejąc. Po chwili spytał ojciec:

- Możesz nam powiedzieć, po co?

- Chcę, by się zmieniła. Spróbuję jej w tym pomóc.

- Jak to sobie wyobrażasz?

- Dokładnie jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale spróbuję. Przedstawił im swój plan:

- Pojadę tam w przebraniu i zgłoszę się do pracy jako ogrodnik, bo ona podobno często przebywa w ogrodzie. To wszystko. Co dalej, nie wiem. Okaże się na miejscu. Może życie podsunie inne rozwiązanie.

Rodzice z ciężkim sercem zgodzili się na jego propozycję, ale nie wierzyli, żeby ta wyprawa mogła zakończyć się powodzeniem.

Królewicz, tak jak to wszystko przedstawił rodzicom, tak i wykonał. Przebrał się w ubogie szaty robotnika i udał się w daleką drogę. Wśród rzeczy, które wziął ze sobą, był jego ukochany kwiat. Nie rozstawał się z nim nigdy. I w tej drodze, choć nie było mu to wygodne, chciał mieć go przy sobie.

Gdy przybył do pałacu królewny, przyszedł do ogrodu. Ogród był wielki, bogaty w drzewa, krzewy, warzywa, kwiaty, położony w pagórkowatym terenie, obejmował sadzawki, stawy, rzekę. Królewicz odnalazł ogrodnika i zwrócił się do niego z prośbą, aby ten przyjął go do pomocy. Ogrodnik był stary i nieżyczliwy. Popatrzył na królewicza krytycznie, wysłuchał prośby, mruknął:

- My nie potrzebujemy nowych pomocników. Mamy dość swoich.

Królewicz nie ustępował. Powiedział:

- Faktycznie niewiele umiem, ale chcę się nauczyć tego rzemiosła. Dlatego nie chcę żadnego wynagrodzenia. Jeżeli mi tylko dasz kąt do mieszkania i jedzenie, to mi wystarczy.

Ogrodnik obrzucił go niechętnym wzrokiem, ale w końcu przystał na prośbę.

- No to dobrze - powiedział z ociąganiem się - ale wiedz o tym, że praca tutaj jest bardzo ciężka.

Przeznaczył mu na mieszkanie stary składzik i królewicz rozpoczął pracę w ogrodzie.

Płynęły dni. Królewna przychodziła codziennie do ogrodu. Widział ją czasem. Jej jasna sukienka pojawiała się w dali na tle ciemnej zieleni, by znowu zniknąć. Bywało, że widział ją dłuższą chwilę, ale zawsze z daleka. Zaledwie parę razy zdarzyło się, że była tak blisko, iż słyszał jej głos. Ale wciąż nie spotkał się z nią.

Aż po jakimś czasie, gdy razu pewnego pracował zgięty, plewiąc grzędę, usłyszał nagle tuż nad swoją glowąjej glos. W pierwszej chwili myślał, że ona coś do niego mówi, tymczasem królewna poprawiając rosnący kwiat, zaczęła do niego przemawiać i to najpiękniejszymi słowami, jakie kiedykolwiek słyszał królewicz. Nagle przerwała. Poczuł, że go ujrzała. Z gniewem wykrzyknęła:

- Ktoś ty za jeden? Co ty tu robisz? Podniósł się. Pokłonił. Bał się, czy go nie rozpozna, ale nie doszło do tego. Odpowiedział więc spokojnie na postawione pytanie:

- Jestem pomocnikiem ogrodnika.

- Nie znam cię. Jeszcze cię nigdy tutaj nie widziałam.

- Pracuję od niedawna - wyjaśnił.

Widział, jak była wściekła. Najwyraźniej dlatego, że ją słyszał rozmawiającą z kwiatami. Nagle rzuciła wzrokiem na kępę opodal rosnących pokrzyw:

- Zerwij mi je - rozkazała.

- Zaraz przyniosę rękawice i nożyce - powiedział i skierował się w stronę swojego mieszkania.

- Nie potrzeba ci rękawic - odparła szorstko. - Zrywaj natychmiast, gołymi rękami. Królewicz zawahał się. Ale to trwało tylko moment. Podszedł do kępy pokrzyw i zaczął je zrywać. Pokrzywy były wyrośnięte, o twardych łodygach. Ręce paliły go, jakby je wsadził do wrzącej wody. Ale rwał uparcie. Gdy narwał całą naręcz pokrzyw, spytał:

- Wystarczy?

- Wystarczy.

- Co mam z nimi zrobić?

- Możesz je wyrzucić - odpowiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku i długo moczył dłonie w zimnej wodzie, żeby przynieść sobie ulgę. Ale na niewiele to się przydało. W nocy prawie nie spał.

Na drugi dzień królewna przyszła znowu. Tym razem ona go szukała.

Znalazła, gdy był zajęty przy plewieniu swojej grządki. Kazała mu pokazać ręce. Wciąż jeszcze były całe w bąblach.

- Pieką cię?

- Trochę.

- To żeby cię tak nie piekły - powiedziała złośliwie - idź i narwij mi lilii wodnych.

- Dobrze, tylko przyprowadzę łódź i zaraz wrócę.

- Nie potrzeba łódki. Wejdź do stawu.

Był chłodny i pochmurny dzień. Woda była zimna. Lilie miały silne łodygi, ciągnące się bez końca. Nie bardzo umiał sobie z nimi poradzić. Zanim narwał pełną naręcz, upłynęło trochę czasu. Wreszcie wyszedł ze stawu cały mokry i przemarznięty.

- Co mam z nimi zrobić? - spytał.

- Możesz je wyrzucić na śmietnik - powiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku, bo drżał z zimna. Przebrał się w suche ubranie. Ale pod wieczór źle się poczuł. Pojawił się kaszel. W nocy nie mógł spać. Czuł rosnącą gorączkę.

Następnego dnia nie poszedł do pracy. Został w swoim pokoju w łóżku. Tymczasem królewna przyszła znowu do ogrodu, ale nigdzie nie mogła znaleźć królewicza. Spytała o niego ogrodnika:

- Gdzie jest ten nowy twój pomocnik?

- Leży przeziębiony w swoim pokoju - odpowiedział ogrodnik.

- Gdzie to jest?

Ogrodnik zaprowadził ją tam. Zobaczyła go leżącego w łóżku z rozpaloną głową.

- Co to ma znaczyć to wylegiwanie się w łóżku?

- Przeziębiłem się i mam gorączkę.

Zaczęła krzyczeć na niego, że przez byle jakie przeziębienie nie przychodzi do pracy. Nagle ujrzała kwiat stojący w donicy na stole. Miał niezwykle pięknie powycinane liście, które otaczały stulony, duży pąk kwiatu.

- Co to za kwiat? - spytała.

- Przyniosłem go ze swojego domu.

- Ja wszystkie kwiaty znam, ale takiego jeszcze nigdy nie widziałam.

- To jest kwiat, który rozkwita w nocy, ale tylko przy człowieku, który jest dobry.

- Co ty za bzdury opowiadasz! - wykrzyknęła. - Masz chyba wysoką gorączkę.

- Nie. Mówię prawdę. To jest taki cudowny kwiat, który kwitnie tylko przy dobrym człowieku - powtórzył.

- Jeżeli nie masz gorączki, to znaczy, że jesteś głupi, wierząc w takie rzeczy. Takiego kwiatu nigdzie nie ma na świecie.

- Otrzymałem go od pustelnika, który przez parę lat pomagał rodzicom moim w wychowywaniu mnie. Kiedy pustelnik odchodził od nas, przyniósł mi ten kwiat i powiedział:

- To jest taki tajemniczy kwiat, który kwitnie nocą. Ale kwitnie tylko przy człowieku, który jest dobry. Jeżeli wieczorem będziesz przy nim, a on rozkwitnie, to znaczy, że w ciągu ubiegłego dnia byłeś dobry, a jeżeli nie rozkwitnie, to znaczy, że byłeś zły.

Namyślała się, co odpowiedzieć. Po chwili zadecydowała:

- Dobrze. Sama się o tym przekonam. Biorę go.

Nie pytając o pozwolenie porwała kwiat i poszła do pałacu. Zaniosła do swojego pokoju, postawiła na stole. Była bardzo ciekawa, ile w tym prawdy, co ten chłopiec mówił. Nie mogła się doczekać wieczoru. Gdy wreszcie słońce zaszło, zrobiło się ciemno, zapadła noc, królewna usiadła przy kwiecie i patrzyła w jego pąk. Nadeszła północ, zegar powoli wybił dwanaście uderzeń, ale stulony kwiat nawet nie drgnął. I wtedy zrozumiała, że chłopiec zakpił z niej. Ze złości, że dała się oszukać prostemu chłopcu, ze złości, że on, prosty chłopiec, śmiał oszukać ją, królewnę, nie spała całą noc. Skoro świt pobiegła do młodego ogrodnika i zrobiła mu straszną awanturę.

- Jak śmiałeś tak zakpić ze mnie?

- Naprawdę nie miałem takiego zamiaru. To, co powiedziałem, jest prawdą.

- Milcz. Nie chcę cię wcale słuchać. Ale pamiętaj, nie życzę sobie, żebyś tutaj dalej przebywał. Wynoś się stąd i z mojego ogrodu. Nie chcę, żebyś tu pracował.

- Dobrze. Mogę stąd odejść, jak tylko wyzdrowieję, ale pozwól sobie powiedzieć, że wszystko to, co mówiłem, nie jest kpiną. To prawda.

- A czy tobie chociaż raz ten kwiat się otworzył? - spytała.

- Tak - powiedział. - I to niejeden raz.

- A mnie się nie otworzył.

- Dziwisz się?

To ją doprowadziło do pasji. Nie umiała nic na to odpowiedzieć. Wściekła wybiegła z jego mieszkania. Ale gdy tak podenerwowana wracała do pałacu, zrodził się w niej pewien pomysł:

- Dobrze - powiedziała sobie. - Zobaczymy. Dzisiaj będę idealna. Przekonam się, czy on mówi prawdę, czy też jest kłamcą.

I tak się stało. 0d samego rana, gdy tylko wróciła do swojego pokoju, była bardzo dobra dla wszystkich. Najpierw dla dziewcząt, które pomagały jej się zawsze ubierać, potem dla rodziców przy śniadaniu, dla nauczycieli przed południem. W całym pałacu rozeszła się natychmiast wieść, że z królewną coś się stało. Nie krzyczy, nie awanturuje się, nie rzuca talerzami, nie wyzywa, nie wyrzuca za drzwi. Albo jest chora, albo planuje jakąś większą awanturę. Wszyscy czekali w największym napięciu, do czego, dojdzie. Przy obiedzie obsługujący spodziewali się co chwila, że albo wsadzi im wazę z zupą na głowę, albo ściągnie obrus. Ale ona zachowywała się wzorowo. Po południu odrobiła solidnie zadane lekcje. Dla gości, którzy przyszli z wizytą, była bardzo uprzejma, odgadywała ich życzenia, oprowadzała, objaśniała, tłumaczyła, zabawiała, jak umiała najmilej. Tylko nikt nie wiedział ojej sekrecie. A ona z największym napięciem czekała na nadejście wieczoru. Ledwo słońce zaszło, królewna wymknęła się od gości, udała się do swojego pokoju, nie zapalała światła, żeby jej nikt tam nie odnalazł. Usiadła przy kwiecie i patrzyła w oczekiwaniu na jego pąk. W pokoju zrobiło się mroczno, potem ciemno. Nawet się nie spostrzegła, jak zasnęła. Była zmęczona całym dniem. Obudził ją głos zegara, bijącego godzinę dwunastą. Podniosła głowę opartą o ręce i ujrzała, że stulone płatki kwiatu drgnęły, zaczęły się rozchylać i nagle ukazał się przepiękny kwiat, jakiego nigdy w życiu swoim nie widziała. I gdy tak patrzyła w niego zauroczona, posłyszała delikatną, cudowną muzykę. Kwiat śpiewał. Równocześnie z kwiatu poczęła promieniować jakby poświata słoneczna, którą napełnił się cały pokój. Królewnie zdawało się, że umrze ze szczęścia. Serce waliło jej tak mocno, jakby miało rozerwać jej pierś. Była szczęśliwa jak nigdy w życiu. Porwała się z krzesła i poczęła biec przez komnaty, korytarze, schody, aby powiedzieć ogrodnikowi, że to prawda, że kwiat kwitnie, że kwiat jej się otworzył.

Każdy z nas ma taki kwiat w duszy. I ty też. Kwiat twojego sumienia. Jeżeli wieczorem w twojej duszy jest ciemno, smutno i zimno, to znaczy, że twój dzień, który przeszedł, nie był dobry. A jeżeli wieczorem jesteś szczęśliwy, twoja dusza napełniona jest szczęściem, światłem, muzyką, to znaczy, że twój dzień był dobry.

- ks. M. Maliński
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38416 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:07, punktów: 0
Dobrze znany mówca rozpoczął seminarium trzymając w ręku dwudziestodolarowy banknot. Do dwustu osób na sali skierował pytanie:

- Kto chciałby dostać ten banknot?

Ludzie zaczęli podnosić ręce. Spiker powiedział:

- Mam zamiar dać ten banknot jednemu z was, ale najpierw pozwólcie że coś zrobię... - i zaczął miąć banknot. Pokazał zgnieciony banknot i zapytał:

- Kto w dalszym ciągu to chce?

Ręce znowu się podniosły...

- A gdybym zrobił to? - zapytał mówca.... i rzucił banknot na ziemię. Podeptał go butami i podniósł - był pomięty i brudny....

- A teraz kto chce te pieniądze?

Ręce podniosły się po raz trzeci!!!

- Moi przyjaciele odebraliście bardzo cenną lekcję. Nie ma znaczenia co zrobiłem z tym banknotem, ciągle chcieliście go dostać, ponieważ nie zmniejszyłem jego wartości. To jest wciąż warte 20 $!!!

Wiele razy w życiu jesteśmy powaleni na ziemię, zmięci i rzuceni w błoto przez decyzje, które kiedyś podjęliśmy i okoliczności, które stanęły nam na drodze. Czujemy się przez to mniej wartościowi. Ale to nie ma znaczenia, co się stało i co się jeszcze stanie...

TY nigdy nie stracisz swojej wartości: brudny czy czysty, zmięty czy w dobrej formie, jesteś ciągle bezcenny dla tych, którzy Cię kochają.

Wartość naszego życia nie wynika z tego co robimy, ani nie zależy od tego, kogo znamy, lecz KIM JESTEŚMY!

Jesteś wyjątkowy! Nigdy o tym nie zapomnij!
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38417 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:09, punktów: 0
12 róż

Pewnego dnia młoda kobieta otrzymała 12 róż z bilecikiem, na którym napisano: "Od osoby, która cię kocha".
Nie było jednak podpisu.

Kobieta nie była zamężna, jej myśl pobiegła więc do mężczyzn jej życia: do dawnych sympatii, do nowych znajomych.
"Może to matka i ojciec? Jakiś kolega z pracy?"

Zrobiła w myśli listę ewentualnych osób. Wreszcie zatelefonowała do swej przyjaciółki, by ta pomogła
rozwiązać zagadkę.

Jedno zdanie przyjaciółki nagie podsunęło jej myśl.
- Powiedz, to ty przysłałaś mi te kwiaty?
- Tak.
- Dlaczego?
- Gdyż ostatnio, gdy rozmawiałyśmy, byłaś w czarnym humorze. Chciałam, byś spędziła jeden dzień, myśląc o wszystkich osobach, które ciebie kochają.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38418 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:11, punktów: 0
Dwa anioły

Dwa podróżujące anioły zatrzymały się na noc w domu bogatej rodziny. Rodzina była niegrzeczna i odmówiła aniołom nocowania w pokoju dla gości, który znajdował się w ich rezydencji. W zamian za to anioły dostały miejsce w małej, zimnej piwnicy. Po przygotowaniu sobie miejsca do spania na twardej podłodze, starszy anioł zobaczył dziurę w ścianie i naprawił ją. Kiedy młodszy anioł zapytał dlaczego to zrobił, starszy odpowiedział:
- Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają.

Następnej nocy anioły przybyły do biednego, ale bardzo gościnnego domu farmera i jego żony, by tam odpocząć. Po tym jak farmer podzielił się, resztą jedzenia jaką miał, pozwolił spać aniołom w ich własnym łóżku, gdzie mogły sobie odpocząć. Kiedy następnego dnia wstało słońce, anioły znalazły farmera i jego żonę zapłakanych.
Ich jedyna krowa, której mleko było ich jedynym dochodem, leżała martwa na polu. Młodszy anioł, był w szoku i zapytał starszego anioła:
- Jak mogłeś do tego dopuścić?. Pierwsza rodzina miała wszystko i pomogłeś im - oskarżył. - Druga rodzina miała niewiele i dzieliła się tym co miała, a ty pozwoliłeś, żeby ich jedyna krowa padła.
- Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają - odpowiedział starszy anioł. - Kiedy spędziliśmy noc w piwnicy tej rezydencji, zauważyłem, że w tej dziurze w ścianie było schowane złoto. Od czasu kiedy właściciel się dorobił i stał się takim chciwcem niechętnym do tego by dzielić się swoją fortuną, w związku z czym zakleiłem tą dziurę w ścianie, by nie mógł znaleźć złota znajdującego się tam. W noc, którą spędziliśmy w domu biednego farmera, Anioł Śmierci przyszedł po jego żonę. W zamian za nią dałem mu ich krowę. Rzeczy nie zawsze są takie na jakie wyglądają.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38419 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:17, punktów: 0
Lekcja 1:
Pewna wrona siedziała na drzewie i przez cały dzień nic nie robiła. Mały zajączek zobaczył wronę i spytał: Czy mogę również sobie tak usiąść i cały dzień nic nie robić? Wrona odpowiedziała: Ależ oczywiście, czemóż nie. Więc zajączek usiadł sobie na ziemi pod wroną i odpoczywał. Nagle nadbiegł lis, skoczył na małego zajączka i go pożarł.
Wniosek: Żeby sobie siedzieć i nic nie robić, musisz siedzieć bardzo, bardzo wysoko.

Lekcja 2:
Indyk plotkował z bykiem mówiąc: Wleciałbym na czubek tego drzewa - mówił - ale nie mam do tego energii. Byk mu odpowiedział: Dlaczego nie zjesz trochę mojej karmy? W niej jest bardzo dużo środków odżywczych i jest bardziej energetyczna niż twoja. Indyk zjadł trochę karmy byka po czym udało mu się wlecieć na pierwszą gałąź. Następnego dnia zjadł trochę więcej i wleciał na drugą gałąź. W końcu po 4 dniach udało się indykowi z dumą osiągnąć sam czubek drzewa. Ale wkrótce wypatrzył go tam gospodarz, który go zestrzelił jakąś starą przerdzewiałą flintą.
Wniosek: Oszustwo może Cię wynieść na szczyt, ale nie utrzyma Cię tam na długo!

Lekcja 3:
Kiedy Bóg tworzył ciało wszystkie narządy kłóciły się ze sobą, oto który powinien zostać szefem. Mózg mówił: Ja powinienem zostać szefem, ponieważ mam pod kontrolą wszystkie funkcje ciała. Na to odpowiedziały nogi: my powinniśmy być szefem bo nosimy mózg i całe ciało tam gdzie potrzeba. Wtedy odezwały się ręce: to my powinniśmy być szefem ponieważ wykonujemy pracę i zarabiamy pieniądze. I tak po kolei odzywały się serce, nerki, płuca, oczy itd. Jako ostania odezwała się dupa, twierdząc, że chce zostać szefem co wywołało tylko śmiech innych narządów. Wtedy dupa zaczęła strajkować. W krótkim czasie oczy zaczęły się wywracać, ręce wykrzywiać, nogi krzyżować, serce i płuca wpadły w panikę, a mózg dostał gorączki. W końcu wszystkie narządy uzgodniły, że dupa zostaje szefem. Wszystko wróciło do normy, narządy zajęły się swoją pracą, a szef siedział tylko i od czasu do czasu wypuszczał gówno.
Wniosek : Nie potrzebujesz mózgu, żeby zostać szefem, może nim zostać każdy dupek!

Lekcja 4:
Mały ptaszek leciał na południe uciekając przed zimą. Niestety było już tak zimno, że ptaszek przemarzł i spadł na pole. Polem przechodziła krowa i nasrała na ptaszka. Ponieważ gówno było ciepłe funkcje życiowe ptaszka zaczęły wracać do normy. Leżał więc sobie szczęśliwy i ogrzany w gównie i wkrótce zaczął śpiewać. Obok przechodził kot, który usłyszał śpiew ptaszka, wyciągnął go z gówna i pożarł.
Wnioski: 1. Nie każdy kto na Ciebie nasra jest Twoim wrogiem! 2. Nie każdy kto Cię wyciągnie z gówna jest Twoim przyjacielem! 3. Jak siedzisz w gównie, to się nie odzywaj!
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38421 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:20, punktów: 0
W Ameryce Południowej żyje gatunek małp, który nazywa się spider monkey. Tubylcy polują na nie w ten sposób, ze wiercą otwór w drzewie. Otwór ma mieć taka wielkość, żeby małpa mogła z trudem włożyć do niego rękę. Potem do tego otworu wkłada się orzech i czeka. Małpa przychodzi, widzi orzech, więc wkłada rękę, żeby go wziąć. Ale jak chwyci orzech, jej ręka zaciśnie się w pieść i już nie jest w stanie jej wyjąć z tego otworu, więc zaczyna się szarpać. Wtedy przychodzi myśliwy i chwyta małpę.

Oczywiście, jeśli małpa byłaby mądra, to wypuściłaby orzech i mogłaby uciec. Ale wtedy straciłaby swój orzech.

Jakże często postępujemy podobnie. Jakże często zatracamy się w małych, nieistotnych sprawach, tracąc wielkie możliwości, jakie życie ze sobą niesie? Zastanów się, co jest Twoim orzechem, co warto puścić, żeby dać sobie szansę na wolność.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38422 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:36, punktów: 0
Drzewo, które umiało dawać

Było sobie drzewo, które kochało małego chłopca. Chłopiec przychodził do drzewa codziennie. Z jego liści splątał sobie wieńce na głowę i udawał leśnego króla.
Wspinał się po jego pniu, huśtał się na jego gałęziach i zjadał owoce. Razem bawili się w chowanego, a kiedy chłopiec się zmęczył, zasypiał w cieniu drzewa.
Chłopiec kochał drzewo...kochał je bardzo. I drzewo było szczęśliwe.

Mijał czas. Chłopiec był coraz starszy i drzewo często zostawało samo. Wreszcie pewnego dnia, gdy chłopiec przyszedł, drzewo powiedziało:
- Chodź chłopcze, chodź i wspinaj się po moim pniu, huśtaj się na moich gałęziach, jedz moje owoce, baw się w moim cieniu i bądź szczęśliwy.
- Jestem za duży by się bawić - powiedział chłopiec. - Chcę kupować sobie rożne rzeczy i cieszyć się nimi. Chcę pieniędzy. Czy możesz mi je dać?
- Niestety, nie mam pieniędzy - powiedziało drzewo. - Mam tylko liście i owoce. Weź chłopcze moje owoce i sprzedaj je w mieście. Tak zdobędziesz pieniądze i będziesz szczęśliwy.
Chłopiec wspiął się na drzewo, zerwał owoce i zaniósł je do miasta.
I drzewo było szczęśliwe.

Ale chłopiec nie wracał bardzo długo... i drzewo było smutne. Az pewnego dnia chłopiec wrócił. Drzewo zadrżało z radości i powiedziało:
- Chodź chłopcze. Wspinaj się po moim pniu, huśtaj się na moich gałęziach i bądź szczęśliwy
- Jestem zbyt zajęty, by łazić po drzewach - powiedział chłopiec - potrzebuję domu, by mnie chronił przed zimnem. Chcę mieć żonę i dzieci, dlatego potrzebuję domu. Czy możesz dać mi dom?
- Nie mam domu - powiedziało drzewo - moim domem jest las. Ale możesz ściąć moje gałęzie i zbudować dom wtedy będziesz szczęśliwy.
Chłopiec ściął gałęzie i poszedł budować swój dom.
I drzewo było szczęśliwe.

Ale chłopiec długo nie wracał, a gdy wreszcie wrócił, drzewo było tak szczęśliwe, ze ze wzruszenia nie mogło wydobyć głosu
- Chodź chłopcze - wyszeptało - chudź i baw się.
- Jestem za stary i zbyt smutny by się bawić - odpowiedział chłopiec - Chcę mieć łódź, żeby stąd odpłynąć gdzieś daleko. Czy możesz dać mi łódź?
- Zetnij mój pień i z niego zrób sobie łódź - powiedziało drzewo - Wtedy będziesz mógł odpłynąć daleko i będziesz szczęśliwy.
Chłopiec ściął pień drzewa, zrobił z niego łódź i odpłynął daleko.
I drzewo było szczęśliwe...

Jednak niezupełnie. Opłynęło wiele czasu zanim chłopiec wrócił.
- Niestety chłopcze - powiedziało drzewo - Nie zostało mi już nic, do ofiarowania - nie mam już owoców.
- Mam za słabe zęby, żeby jeść owoce - odpowiedział chłopiec.
- Nie mam już gałęzi - powiedziało drzewo - Nie będziesz miał się na czym huśtać.
- Jestem za stary, żeby się huśtać na gałęziach - odpowiedział chłopiec.
- Nie mam już pnia - powiedziało drzewo - Nie będziesz miał się po czym wspinać.
- Jestem zbyt zmęczony, żeby wspinać się po pniu - odpowiedział chłopiec.
- Szkoda - westchnęło drzewo - Pragnę ci coś ofiarować, ale nie mam już nic. Niestety... jestem tylko starym pniakiem.
- Nie trzeba mi wiele - powiedział chłopiec - Szukam tylko spokojnego miejsca, by osiąść i odpocząć.
- Skoro tak - powiedziało drzewo prostując się na ile mogło - Stary pień doskonale nadaje się do tego, by na nim osiąść i odpocząć. Chodź chłopcze. Usiądź i odpocznij.
I chłopiec tak zrobił. I drzewo było szczęśliwe.

- Shel Silverstein

Bo podobnie jak o drzewie, nic nie wiesz o człowieku.
Bóg sprawia, że rodzisz się, rośniesz, że wypełniają Cie kolejno pragnienia,cierpienia, żale i radości, miłość i wściekłość - a później bierze cie do siebie z powrotem.Nie jesteś wszakże ani uczniem, ani małżonkiem, ani dzieckiem,ani starcem - jesteś człowiekiem, który szuka swojej pełni.
I jeżeli będziesz umiał zobaczyć, że jestem gałązką kołysaną przez wiatr, ale mocno wszczepiona w drzewo - pchany powiewem zakosztujesz wieczności.
I wszystko dookoła ciebie stanie się wieczne.

- Antoine de Saint-Exupèry
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38426 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:43, punktów: 0
Orzeł

Pewien człowiek wybrał się do lasu, aby znaleźć ptaka, którego chciał wziąć do domu. Znalazł młodego orła, przyniósł go i wsadził do ptasiej zagrody między kury, kaczki i indyki. Dawał mu kurze jedzenie, chociaż był to orzeł, król ptaków.

Po 5 latach odwiedził raz tego człowieka pewien przyrodnik. Gdy szli razem przez dziedziniec, zawołał:
- Ten ptak nie jest przecież kurą, to orzeł!
- Tak - powiedział właściciel - to się zgadza. Ale ja wychowałem go na kurę. On nie jest już orłem, ale kurą, chociaż jego skrzydła mają 3 metry szerokości.
- Nie, powiedział tamten, on jest jednak orłem, gdyż ma serce orła, które każe mu pofrunąć w górę, w przestrzeń.
- Nie, nie, powiedział ów człowiek, on jest teraz prawdziwą kurą i nigdy nie będzie latał jak orzeł.

Postanowili jednak zrobić próbę. Przyrodnik wziął orła, uniósł go w górę i powiedział z naciskiem:
- Ty, który jesteś orłem, który należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi, rozwiń swoje skrzydła i pofruń!
Orzeł siedział na wyciągniętej dłoni i oglądał się. Za sobą zobaczył kury dziobiące ziarna i zeskoczył do nich.

Człowiek powiedział:
- Mówiłem ci, że to jest kura.
- Nie, powiedział drugi, on jest orłem. Spróbuję jutro drugi raz.
Następnego dnia wszedł z orłem na dach domu, uniósł go i zawołał:
- Orle, który jesteś orłem, rozpostrzyj swoje skrzydła i pofruń!
Ale orzeł znów obejrzał się na grzebiące w ziemi kury, zeskoczył do nich i grzebał razem z nimi.
Wtedy tamten człowiek powiedział:
- Mówiłem ci, że to jest kura!
- Nic - powiedział drugi - on jest orłem i ma ciągle jeszcze serce orła. Pozwól mi jeszcze jeden jedyny raz spróbować; jutro zachęcę go do latania.

Następnego dnia wstał wcześnie rano, wziął orła i wyniósł go z miasta, daleko od domów, do stóp wysokiej góry. Słońce właśnie wschodziło i ozłacało szczyt góry; wszystkie wierzchołki rozpromieniły się radością uroczego poranka.

Przyrodnik wzniósł orła wysoko i powiedział do niego:
- Orle, ty jesteś orłem. Ty należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi. Rozwiń swoje skrzydła i pofruń!
Orzeł rozejrzał się, zadrżał cały, jakby weszło w niego nowe życie, ale nie odfrunął. Wtedy przyrodnik odwrócił go tak, że patrzył prosto w słońce. I nagle orzeł rozpostarł swoje potężne skrzydła, wzniósł się z okrzykiem orła, frunął wyżej i wyżej i nie powrócił już nigdy.
Był orłem, chociaż został wychowany jak kura i oswojony!

Jesteśmy stworzeni na obraz Boga, ale ludzie nauczyli nas myśleć jak kury i często sądzimy, że jesteśmy naprawdę kurami, chociaż jesteśmy orłami. Rozwińmy skrzydła i pofruńmy! I nie dajmy się nigdy zadowolić rzucanymi nam ziarnami.

- James Aggrey
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38427 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:45, punktów: 0
Dwa nasiona

Jesienią dwa nasiona znajdowały się obok siebie w żyznej ziemi.Pierwsze nasionko powiedziało:
- Chcę rosnąć! Chcę moimi korzeniami sięgać głęboko w ziemię, znajdującą się pode mną i wypuścić młode pędy ponad jej powierzchnię. Pragnę rozwinąć moje delikatne pączki niczym flagę, aby ogłosić przybycie wiosny... Pragnę poczuć ciepło słońca na moim obliczu i błogosławieństwo porannej rosy na moich płatkach!.
I tak rozwijało się.

Drugie nasionko powiedziało:
- Co za los mnie spotkał! Boję się. Jeśli skieruję moje korzenie do ziemi, znajdującej się pode mną, nie wiem, na co natrafię w ciemnościach. Jeśli utworzę sobie drogę poprzez twardą ziemię nade mną, mogę uszkodzić moje delikatne pędy...Jeżeli otworzę moje pączki, a jakiś ślimak będzie chciał je zjeść? Gdybym zaś rozchylił moje kwiaty, jakieś dziecko mogłoby mnie wyrwać z ziemi. Nie, lepiej będzie, jeżeli zaczekam, aż będzie bezpiecznie.
I czekało.

Na początku wiosny jakaś kura, która grzebała w ziemi w poszukiwaniu pożywienia, znalazła nasionko i zaraz je zjadła.

Trzeba przyjąć ryzyko życia i zdać sobie sprawę, że czasami jest się gołębiem a czasami posągiem.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38428 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:47, punktów: 0
Razem jest lepiej

Biegaliśmy codziennie, lecz to było coś innego. Ociekaliśmy potem od chwil, gdy wyskoczyliśmy z łóżek jeszcze przed świtem, lecz teraz wilgoć sączyła się wszystkimi porami.
Był to etap treningu fizycznego w szkole komandosów Stanów Zjednoczonych; oczywiście spodziewaliśmy się wysiłku. Nawet wyczerpania. Jednak to nie był poranny bieg w podkoszulkach.
Biegliśmy w mundurach polowych. Jak zwykle rozkaz brzmiał:
- Wyruszacie razem, trzymacie się razem, działacie jak jeden i wchodzicie razem. Jeślibyście nie mieli wejść razem, wcale nie zawracajcie sobie głowy wchodzeniem!
Podczas drogi mój umysł poprzez mgłę bólu, pragnienia i zmęczenia zarejestrował coś dziwnego w naszym szyku.
Zauważyłem, że dwa rzędy przede mną jeden z chłopaków wypadł z rytmu. Duży, kościsty rudzielec o nazwisku Sanderson. Jego nogi pracowały, lecz nie w takt pozostałych. Następnie jego głowa zaczęła chwiać się z boku na bok. Ten chłopak walczył. Był bliski przegranej.
Nie tracąc kroku, komandos po prawej stronie Sandersona sięgnął po karabin wyczerpanego człowieka. Teraz był objuczony dwoma karabinami. Swoim i Sandersona. Jeszcze przez jakiś czas rudzielec trzymał się dzielnie. Lecz potem, podczas gdy pluton wciąż się posuwał, jego szczęka opadła, oczy stały się szkliste, a nogi pracowały jak tłoki. Wkrótce jego głowa znów zaczęła się kołysać.
Tym razem komandos po lewej stronie sięgnął, zdjął hełm Sandersona, wetknął sobie pod ramię i biegł dalej. Każdy system jest dobry. Wzdłuż polnej drogi słychać było zgodny, mocny tupot naszych butów. Bum - bum - bum.
Sanderson cierpiał. Naprawdę cierpiał. Biegł coraz bardziej pochylony, prawie padając. Lecz dwóch żołnierzy, którzy byli za nim, podźwignęło tornister z jego pleców, każdy chwytając wolną ręką za rzemienie ramiączek. Sanderson zebrał pozostałe siły i wyprostował ramiona. Pluton kontynuował bieg. Całą drogę do linii mety.
Wyszliśmy razem i powróciliśmy razem. A każdy z nas zyskał dzięki temu nowe siły. Razem jest lepiej.

Autor- Stu Weber


Każdy z nas jest aniołem z jednym skrzydłem, możemy latać, tylko obejmując się nawzajem.

- Luciano de Crescenzo
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38430 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:49, punktów: 0
Cebulka

Była sobie kiedyś zła baba, no i umarła. I nie zostało po niej ani jednego dobrego uczynku. Uchwycili ją diabli i rzucili do ognistego jeziora. Zaś anioł stróż stoi i medytuje:
- Jaki by tu znaleźć jej dobry uczynek, by Panu Bogu powiedzieć?
Naraz przypomniał sobie i rzekł do Pana Boga:
- Ona, powiada, z warzywnika cebulkę wyrwała i dała żebraczce.
I odpowiedział Pan Bóg:
- Weź tę cebulkę, wsadź do jeziora, niech się baba za cebulkę chwyci, a ty ją pociągnij; jeśli ją wyciągniesz z tego jeziora, to niech sobie do raju idzie, jeżeli się cebulka oberwie, to niech zostanie tam, gdzie jest.

Pobiegł anioł do baby, podał jej cebulkę:
- Naści, powiada, babo, złap się i trzymaj.
I począł ją ostrożnie wyciągać; już, już miał ją wyciągnąć, gdy inni grzesznicy w jeziorze, zobaczywszy, że ją wyciągają, dalejże czepiać się jej, aby razem z nią się wydostać. A baba była zła, bardzo zła, i dalejże nogami wierzgać.
- Mnie wyciąga, nie was; moja cebulka, nie wasza.

Ledwo to powiedziała, cebulka się urwała. I wpadła baba do jeziora i gore po dziś dzień. A anioł zapłakał i odszedł.

- Fiodor Dostojewski
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
38431 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-02 13:55, punktów: 0
Cztery świece

Cztery świece spokojnie płonęły. Było tak cicho, że słychać było jak ze sobą rozmawiały. Pierwsza powiedziała: - Ja jestem POKÓJ. Niestety, ludzie nie potrafią mnie chronić. Myślę, że nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgasnąć. I płomień tej świecy zgasł. Druga: Ja jestem WIARA. Niestety nie jestem nikomu potrzebna. Ludzie nie chcą o mnie wiedzieć, nie ma sensu, żebym dalej płonęła. Ledwie to powiedziała, lekki powiew wiatru zgasił ją. Trzecia: Ja jestem MIŁOŚĆ. Nie mam już siły płonąć. Ludziom nie zależy na mnie i nie chcą mnie rozumieć. Nienawidzą najbardziej tych, których kochają - swoich bliskich. I nie czekając długo i ta świeca zgasła. Nagle do pokoju weszło dziecko i zobaczyło trzy zgasłe świece. Przestraszone zawołało: Co robicie? Musicie płonąć! Boję się ciemności! I zapłakało. Wzruszona czwarta świeca powiedziała: Nie bój się! Dopóki ja płonę zawsze możemy zapalić tamte świece. Ja jestem NADZIEJA. Z błyszczącymi i pełnymi łez oczyma, dziecko wzięło świecę i zapaliło pozostałe świece.

Niech nigdy w naszych sercach nie gaśnie Nadzieja i każdy z nas jak to dziecko, niech będzie narzędziem, gotowym swoją Nadzieją zawsze rozpalić Wiarę, Pokój i Miłość.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus

Strony: <  1  2  3  4  5  6    >
Poleć Klamerkę
Szukaj
Twoje konto

Zarejestruj się

Polecamy!
prezenty

Imieniny
  • życzenia imieninowe
Najwięcej dodali
Święto na dziś
  • dziś luźno ;)
    Masz bloga albo stronę?
    Podoba ci się ta strona? Wstaw do siebie nasz link :)