Życzenia po angielsku
- Walentynki
- Życzenia urodzinowe
Życzenia
- 18 urodziny
- Andrzejki
- Bez okazji
- Boże Narodzenie
- Dla przyjaciela
- Dla rodziców
- Dla wojaków
- Do pamiętnika
- Dzień babci
- Dzień chłopaka
- Dzień dziadka
- Dzień dziecka
- Dzień górnika
- Dzień kobiet
- Dzień matki
- Dzień ojca
- Halloween
- Imieninowe
- Jubileuszowe
- Komplementy
- Mikołajkowe
- Miłosne
- Na chrzest
- Na dobranoc
- Na dzień dobry
- Na Komunię Św.
- Na pocieszenie
- Na wieczór kawalerski
- Na wieczór panieński
- Na zdjęcia
- Narodziny dziecka
- Noworoczne
- Pozdrowienia
- Przeprosiny
- Radosne
- Rocznica ślubu
- Różne
- Sylwestrowe
- Ślubne
- śmieszne
- Świąteczne
- Tęsknota
- Toasty
- Toasty weselne
- Urodzinowe
- Walentynki
- Weselne
- Wielkanocne
- Złamane serce
Aforyzmy
- Bóg
- Ból i cierpienie
- Człowiek
- Dobro
- Kobiety
- Małżeństwo
- Marzenia
- Mężczyzna
- Miłość
- Nadzieja
- Pieniądze
- Piękno
- Prawda
- Przyjaźń
- Radość
- Szczęście
- Śmierć
- Życie
Wiersze
- Ból i cierpienie
- Dla dzieci
- Dobro
- Erotyczne
- Fraszki
- Marzenia
- Miłosne
- Nadzieja
- O kobietach
- O Polsce / patriotyczne
- O przyjaźni
- O sobie
- O szczęściu
- O zwierzętach
- O życiu
- Polityczne
- Pory roku
- Radość
- Różne
- Smutek
- Śmierć
- Śmieszne
- Tęsknota
- Wspomnienia
- Zerwanie
- Złamane serce
- Znanych poetów
Cytaty
- Alkohol
- Bogactwo
- Bóg
- Cierpienie
- Cisza
- Człowiek
- Dobro
- Dzieci
- Kłamstwo
- Kobiety
- Łacińskie
- Małżeństwo
- Marzenia
- Mężczyźni
- Miłość
- Myślenie
- Nadzieja
- Odpowiedzialność
- Pieniądze
- Po angielsku
- Polityka
- Pozostałe
- Praca
- Prawda
- Przyjaźń
- Rodzina
- Rozwój
- Samotność
- Seks
- Serce
- Sukces
- Szczęście
- Ślubne
- Śmierć
- Wegetarianizm
- Wiara
- Wiedza
- Wspomnienia
- Z piosenek
- Zaufanie
- Zdrowie
- Życie
SMSy
- Dwuznaczne
- Erotyczne
- Kocham Cię
- Maturalne
- Miłosne
- Na dobranoc
- Na dzień dobry
- Na Mikołajki
- Powiedzenia
- Pozdrowienia
- Słodkie
- Śmieszne
- Wyznanie
- Złośliwe
Inne
- Anegdoty
- Halloween
- Komentarze do profilu
- Listy miłosne
- Mam problem
- Myśli i przemyślenia
- Obrazki graficzne
- Opowiadania
- Podziękowania
- Powiedzenia
- Prima Aprilis
- Przysłowia
- Przyśpiewki weselne
- Rymowanki dla dzieci
- Tłusty czwartek
- Wpisy, komentarze
- Wyliczanki
- Zaproszenia
- Złote myśli
Opcje:
- Kontakt
- 11 listopada
- Halloween
- Andrzejki
- Daty imienin
- Choinka
- Święty Mikołaj
- Kolędy
- Ważne daty świąt
- Tłusty czwartek
- Polityka prywatności
O stronie:
Znajdziesz tutaj gotowe życzenia na urodziny. Starannie wyselekcjonowane życzenia urodzinowe oraz życzenia imieninowe. Do tego wierszyki urodzinowe i wiersze miłosne! Polecamy również smsy na dzień dobry i sms na dobranoc. Albo wierszyki o miłości, życzenia bez okazji oraz życzenia ślubne - tutaj czekają na Ciebie najlepsze wierszyki miłosne dla zakochanych. Miłego pobytu!
Życzenia urodzinowe, wierszyki urodzinowe, życzenia imieninowe, wierszyki miłosne
rozmiar tekstu: A AA AAA
Strony: 1 2 3 4 >
Opowiadania Sortuj: Według daty | ilości punktówDodaj w tej kategorii
39095 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-05-14 22:13, punktów: 0
Młody Einstein broni wiary.
Pozwólcie, że wyjaśnię wam problem jaki nauka ma z religią.
Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym
studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?
- Tak panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości - Ach tak, Biblia!
- A po chwili zastanowienia dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą i cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej - Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?
Student nadal milczy, więc profesor dodaje - Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda? - aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak.. jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student odpowiada - Nie.
- A od kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Od Boga.
- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
- Istnieje panie profesorze ...
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem odpowiada - Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie - Kto je stworzył?
- wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.
- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby - Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze, wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do studenta:
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze.
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.
Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
- Tak synu, zimno również istnieje.
- Nie panie profesorze, zimno nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta. Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie
potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają siębadaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.
W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie – wyjaśnia student - twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz
panie profesorze proszę mi odpowiedzieć - czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?
Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych i nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali - czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem...
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy
wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to że nikt. A zatem zgodnie z
naukowa metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można
powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu panie
profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać
pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z
niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać
wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi
niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę
mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi - Oczywiście że istnieje.
Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu
człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie
zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako
zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak
ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla
określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w
momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które
jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku
światła.
Profesor usiadł zamyślony.
Pozwólcie, że wyjaśnię wam problem jaki nauka ma z religią.
Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym
studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?
- Tak panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości - Ach tak, Biblia!
- A po chwili zastanowienia dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą i cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej - Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?
Student nadal milczy, więc profesor dodaje - Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda? - aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak.. jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student odpowiada - Nie.
- A od kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Od Boga.
- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
- Istnieje panie profesorze ...
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem odpowiada - Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie - Kto je stworzył?
- wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.
- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby - Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze, wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do studenta:
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze.
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.
Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
- Tak synu, zimno również istnieje.
- Nie panie profesorze, zimno nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta. Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie
potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają siębadaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.
W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie – wyjaśnia student - twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz
panie profesorze proszę mi odpowiedzieć - czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?
Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych i nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali - czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem...
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy
wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to że nikt. A zatem zgodnie z
naukowa metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można
powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu panie
profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać
pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z
niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać
wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi
niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę
mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi - Oczywiście że istnieje.
Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu
człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie
zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako
zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak
ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla
określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w
momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które
jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku
światła.
Profesor usiadł zamyślony.
38966 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-05-05 09:59, punktów: 0
MAMA- MÓJ ANIOŁ
Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić. Więc któregoś dnia zapytało Boga:
- Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tam żyć, skoro jestem takie małe i bezbronne?
- Spomiędzy wielu aniołów wybiorę jednego dla ciebie. On będzie na ciebie czekał i zaopiekuje się tobą.
- Ale powiedz mi, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało, by być szczęśliwym.
- Twój anioł będzie ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do ciebie każdego dnia. I będziesz czuł jego anielską miłość i będziesz szczęśliwy.
- A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówić, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie?
- Twój anioł powie ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś, i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.
- A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą?
- Twój anioł złoży twoje ręce i nauczy cię jak się modlić.
- Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni?
- Twój anioł będzie cię chronić, nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.
- Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Cię więcej widział.
- Twój anioł będzie wciąż mówił tobie o Mnie i nauczy cię, jak do mnie wrócić, chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej ciebie.
W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:
- O, Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć powiedz mi, proszę, imię mojego anioła.
- Imię twojego anioła nie ma znaczenia, będziesz do niego wołał: "MAMUSIU".
Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić. Więc któregoś dnia zapytało Boga:
- Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tam żyć, skoro jestem takie małe i bezbronne?
- Spomiędzy wielu aniołów wybiorę jednego dla ciebie. On będzie na ciebie czekał i zaopiekuje się tobą.
- Ale powiedz mi, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało, by być szczęśliwym.
- Twój anioł będzie ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do ciebie każdego dnia. I będziesz czuł jego anielską miłość i będziesz szczęśliwy.
- A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówić, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie?
- Twój anioł powie ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś, i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.
- A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą?
- Twój anioł złoży twoje ręce i nauczy cię jak się modlić.
- Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni?
- Twój anioł będzie cię chronić, nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.
- Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Cię więcej widział.
- Twój anioł będzie wciąż mówił tobie o Mnie i nauczy cię, jak do mnie wrócić, chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej ciebie.
W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:
- O, Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć powiedz mi, proszę, imię mojego anioła.
- Imię twojego anioła nie ma znaczenia, będziesz do niego wołał: "MAMUSIU".
38827 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-26 11:48, punktów: 0
Historia Michała.
Przeczytaj tę historię. Wczuj się w nią mocno. I wtedy zadecyduj jak zaczniesz jutrzejszy dzień...
Michał jest takim człowiekiem, za którym raczej się nie przepada. Jest zawsze w dobrym humorze i zawsze ma coś pozytywnego do powiedzenia.
Zapytany jak się czuje odpowiedziałby:
- Gdyby było lepiej, już bym chyba nie wytrzymał!.
Był naturalnym motywatorem. Jeśli jakiś pracownik miał zły dzień, Michał zawsze radził mu jak znaleźć pozytywną stronę tej sytuacji.
Widząc to, bardzo mnie to zaciekawiło. Pewnego dnia podszedłem więc do Michała i spytałem go:
- Nie rozumiem. Nie można być tak pozytywną osobą przez cały czas. Jak ty to robisz?
Michał odpowiedział:
- Każdego ranka gdy się budzę mówię sobie - "Michał, masz dzisiaj dwie możliwości - możesz mieć dobry humor albo możesz mieć zły humor". I wtedy wybieram dobry humor. Za każdym razem gdy wydarza się coś niedobrego, mogę wybrać albo bycie ofiarą, albo wyciągnąć z tego jakąś lekcję dla siebie.
I wybieram wyciągnięcie lekcji. Za każdym razem, gdy przychodzi ktoś do mnie ponarzekać, mogę wybrać zgodzenie się z nim albo pokazanie mu pozytywnej strony życia.
I wtedy wybieram pokazanie mu tej pozytywnej strony."
- Zaraz, to nie jest takie proste! - zaprotestowałem.
- Ależ tak, to właśnie takie jest. - odpowiedział Michał. - Życie polega na wyborach. Każda sytuacja jest wyborem. Ty sam wybierasz jak zareagujesz na daną sytuację. Ty wybierasz, jaki wpływ mają ludzie na twoje samopoczucie. To ty wybierasz bycie w dobrym albo złym humorze. Mówiąc krótko - to twój wybór, jak wygląda twoje życie.
Zapamiętałem, co powiedział mi wtedy Michał.
Krótko potem opuściłem firmę, w której wtedy pracowałem i otworzyłem swoją własną. Straciliśmy kontakt ze sobą, ale często przypominałem sobie Michała, gdy dokonywałem wyborów w moim życiu, zamiast tylko reagować na zmiany sytuacji.
Kilka lat później dowiedziałem się, że Michał miał poważny wypadek. Spadł z rusztowania z wysokości prawie 20 metrów.
Po 18-godzinnej operacji i wielu tygodniach rehabilitacji Michał został zwolniony ze szpitala z wszczepionymi w plecy metalowymi prętami.
Spotkałem się z nim około 6 miesięcy po wypadku.
Kiedy spytałem jak się czuje odpowiedział:
- Gdyby było lepiej już bym chyba nie wytrzymał! Chcesz zobaczyć moje blizny?
Nie chciałem, ale zapytałem o czym myślał w chwili wypadku.
- Pierwsze, co mi przyszło do głowy to moja córka, która niedługo miała się urodzić. - odpowiedział Michał. - Później, gdy już leżałem na ziemi, pomyślałem sobie, że mam dwie możliwości: mogę wybrać - żyć albo umrzeć.
Wybrałem życie.
- Nie byłeś przerażony? Nie straciłeś przytomności? - spytałem.
Michał kontynuował:
- Moi znajomi byli wspaniali. Mówili mi, że wszystko będzie dobrze. Aż do momentu, kiedy zawieźli mnie do szpitala i zobaczyłem twarze lekarzy i pielęgniarek - wtedy naprawdę się przeraziłem. W ich oczach wyczytałem - ten facet już nie żyje.
Wiedziałem, że muszę coś zrobić.
- I co zrobiłeś? - spytałem.
- Była tam taka duża, tęga pielęgniarka wykrzykująca różne pytania do mnie. - opowiadał dalej Michał. - Spytała, czy jestem na coś uczulony. "Tak" - odpowiedziałem.
Lekarze i pielęgniarki przestali pracować, czekając na moją odpowiedź. Wziąłem głęboki oddech i krzyknąłem "Grawitację". Oni zaśmiali się, a ja powiedziałem - "Wybieram życie. Operujcie mnie jak żywego, a nie jak martwego."
Michał przeżył dzięki umiejętnościom lekarzy, ale również dzięki swojej niesamowitej postawie.
Nauczyłem się od niego, że codziennie możemy żyć pełnym życiem. To nasz wybór. Postawa jest wszystkim.
Przeczytaj tę historię. Wczuj się w nią mocno. I wtedy zadecyduj jak zaczniesz jutrzejszy dzień...
Michał jest takim człowiekiem, za którym raczej się nie przepada. Jest zawsze w dobrym humorze i zawsze ma coś pozytywnego do powiedzenia.
Zapytany jak się czuje odpowiedziałby:
- Gdyby było lepiej, już bym chyba nie wytrzymał!.
Był naturalnym motywatorem. Jeśli jakiś pracownik miał zły dzień, Michał zawsze radził mu jak znaleźć pozytywną stronę tej sytuacji.
Widząc to, bardzo mnie to zaciekawiło. Pewnego dnia podszedłem więc do Michała i spytałem go:
- Nie rozumiem. Nie można być tak pozytywną osobą przez cały czas. Jak ty to robisz?
Michał odpowiedział:
- Każdego ranka gdy się budzę mówię sobie - "Michał, masz dzisiaj dwie możliwości - możesz mieć dobry humor albo możesz mieć zły humor". I wtedy wybieram dobry humor. Za każdym razem gdy wydarza się coś niedobrego, mogę wybrać albo bycie ofiarą, albo wyciągnąć z tego jakąś lekcję dla siebie.
I wybieram wyciągnięcie lekcji. Za każdym razem, gdy przychodzi ktoś do mnie ponarzekać, mogę wybrać zgodzenie się z nim albo pokazanie mu pozytywnej strony życia.
I wtedy wybieram pokazanie mu tej pozytywnej strony."
- Zaraz, to nie jest takie proste! - zaprotestowałem.
- Ależ tak, to właśnie takie jest. - odpowiedział Michał. - Życie polega na wyborach. Każda sytuacja jest wyborem. Ty sam wybierasz jak zareagujesz na daną sytuację. Ty wybierasz, jaki wpływ mają ludzie na twoje samopoczucie. To ty wybierasz bycie w dobrym albo złym humorze. Mówiąc krótko - to twój wybór, jak wygląda twoje życie.
Zapamiętałem, co powiedział mi wtedy Michał.
Krótko potem opuściłem firmę, w której wtedy pracowałem i otworzyłem swoją własną. Straciliśmy kontakt ze sobą, ale często przypominałem sobie Michała, gdy dokonywałem wyborów w moim życiu, zamiast tylko reagować na zmiany sytuacji.
Kilka lat później dowiedziałem się, że Michał miał poważny wypadek. Spadł z rusztowania z wysokości prawie 20 metrów.
Po 18-godzinnej operacji i wielu tygodniach rehabilitacji Michał został zwolniony ze szpitala z wszczepionymi w plecy metalowymi prętami.
Spotkałem się z nim około 6 miesięcy po wypadku.
Kiedy spytałem jak się czuje odpowiedział:
- Gdyby było lepiej już bym chyba nie wytrzymał! Chcesz zobaczyć moje blizny?
Nie chciałem, ale zapytałem o czym myślał w chwili wypadku.
- Pierwsze, co mi przyszło do głowy to moja córka, która niedługo miała się urodzić. - odpowiedział Michał. - Później, gdy już leżałem na ziemi, pomyślałem sobie, że mam dwie możliwości: mogę wybrać - żyć albo umrzeć.
Wybrałem życie.
- Nie byłeś przerażony? Nie straciłeś przytomności? - spytałem.
Michał kontynuował:
- Moi znajomi byli wspaniali. Mówili mi, że wszystko będzie dobrze. Aż do momentu, kiedy zawieźli mnie do szpitala i zobaczyłem twarze lekarzy i pielęgniarek - wtedy naprawdę się przeraziłem. W ich oczach wyczytałem - ten facet już nie żyje.
Wiedziałem, że muszę coś zrobić.
- I co zrobiłeś? - spytałem.
- Była tam taka duża, tęga pielęgniarka wykrzykująca różne pytania do mnie. - opowiadał dalej Michał. - Spytała, czy jestem na coś uczulony. "Tak" - odpowiedziałem.
Lekarze i pielęgniarki przestali pracować, czekając na moją odpowiedź. Wziąłem głęboki oddech i krzyknąłem "Grawitację". Oni zaśmiali się, a ja powiedziałem - "Wybieram życie. Operujcie mnie jak żywego, a nie jak martwego."
Michał przeżył dzięki umiejętnościom lekarzy, ale również dzięki swojej niesamowitej postawie.
Nauczyłem się od niego, że codziennie możemy żyć pełnym życiem. To nasz wybór. Postawa jest wszystkim.
38826 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-26 11:43, punktów: 7
Szczeniaki na sprzedaż.
Właściciel sklepu przytwierdził nad wejściem tabliczkę z napisem: "Szczeniaki na sprzedaż".
Takie ogłoszenia zazwyczaj przyciągają dzieci, toteż niebawem w sklepie pojawił się mały chłopiec.
- Po ile pan sprzedaje swoje szczeniaki? - zapytał.
- Tak po 30 do 50 dolarów - odparł właściciel.
Chłopczyk sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kilka drobnych monet.
- Mam 2 dolary i 37 centów - powiedział. - Czy mógłbym zobaczyć te pieski, proszę pana?
Sprzedawca uśmiechnął się i zagwizdał. Z budy wyszła Lady. Truchtem pobiegła przez sklep,
a za nią potoczyło się pięć malusieńkich, drobniuteńkich kuleczek.
Jedno ze szczeniąt wyraźnie zostawało w tyle. Chłopiec natychmiast wskazał na nie nadążającego
za resztą, kulejącego psiaka i spytał:
- Co mu się stało?
Właściciel wyjaśnił mu, że badał go już weterynarz i okazało się, że psiak ma niewłaściwą budowę biodra.
Zawsze już będzie kulał, na zawsze pozostanie kaleką.
Chłopiec zapalił się natychmiast.
- Właśnie tego szczeniaka chciałbym kupić! - oznajmił.
- Nie, nie. To niemożliwe, byś chciał kupić tego pieska - odparł sprzedawca. - Jeśli naprawdę ci na nim zależy, po prostu ci go dam.
Chłopczyk wyglądał na poważnie zdenerwowanego. Spojrzał właścicielowi prosto w oczy i wskazując palcem, odezwał się:
- Nie chcę, żeby pan mi go dawał. Ten piesek jest wart co do grosza tyle samo co pozostałe szczeniaki i zapłacę za niego całą sumę.
Właściwie, to zapłacę panu teraz tylko 2 dolary i 37 centów, lecz co miesiąc będę przynosił 50 centów, dopóki go nie spłacę.
Sprzedawca zaoponował:
- Ależ ty nie możesz chcieć takiego psa. On nigdy nie będzie mógł biegać, skakać, bawić się z tobą tak, jak inne szczeniaki.
Chłopczyk schylił się i podwinął lewą nogawkę spodni, odsłaniając kaleką nogę, wspieraną dużą metalową klamrą. Spojrzał na właściciela sklepu i odparł cicho:
- Cóż, ja sam dobrze nie biegam, a ten szczeniak potrzebuje kogoś, kto to zrozumie!
- Dan Cla
Właściciel sklepu przytwierdził nad wejściem tabliczkę z napisem: "Szczeniaki na sprzedaż".
Takie ogłoszenia zazwyczaj przyciągają dzieci, toteż niebawem w sklepie pojawił się mały chłopiec.
- Po ile pan sprzedaje swoje szczeniaki? - zapytał.
- Tak po 30 do 50 dolarów - odparł właściciel.
Chłopczyk sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kilka drobnych monet.
- Mam 2 dolary i 37 centów - powiedział. - Czy mógłbym zobaczyć te pieski, proszę pana?
Sprzedawca uśmiechnął się i zagwizdał. Z budy wyszła Lady. Truchtem pobiegła przez sklep,
a za nią potoczyło się pięć malusieńkich, drobniuteńkich kuleczek.
Jedno ze szczeniąt wyraźnie zostawało w tyle. Chłopiec natychmiast wskazał na nie nadążającego
za resztą, kulejącego psiaka i spytał:
- Co mu się stało?
Właściciel wyjaśnił mu, że badał go już weterynarz i okazało się, że psiak ma niewłaściwą budowę biodra.
Zawsze już będzie kulał, na zawsze pozostanie kaleką.
Chłopiec zapalił się natychmiast.
- Właśnie tego szczeniaka chciałbym kupić! - oznajmił.
- Nie, nie. To niemożliwe, byś chciał kupić tego pieska - odparł sprzedawca. - Jeśli naprawdę ci na nim zależy, po prostu ci go dam.
Chłopczyk wyglądał na poważnie zdenerwowanego. Spojrzał właścicielowi prosto w oczy i wskazując palcem, odezwał się:
- Nie chcę, żeby pan mi go dawał. Ten piesek jest wart co do grosza tyle samo co pozostałe szczeniaki i zapłacę za niego całą sumę.
Właściwie, to zapłacę panu teraz tylko 2 dolary i 37 centów, lecz co miesiąc będę przynosił 50 centów, dopóki go nie spłacę.
Sprzedawca zaoponował:
- Ależ ty nie możesz chcieć takiego psa. On nigdy nie będzie mógł biegać, skakać, bawić się z tobą tak, jak inne szczeniaki.
Chłopczyk schylił się i podwinął lewą nogawkę spodni, odsłaniając kaleką nogę, wspieraną dużą metalową klamrą. Spojrzał na właściciela sklepu i odparł cicho:
- Cóż, ja sam dobrze nie biegam, a ten szczeniak potrzebuje kogoś, kto to zrozumie!
- Dan Cla
38821 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 18:44, punktów: 2
Cierpliwość
Kochałam cię, gdy byłaś tylko myślą, snem o przyszłym macierzyństwie. Kochałam cię, gdy zastanawiałam się, jak będziesz wyglądać. Trudno było wyobrazić sobie, jak będę nosić twoje maleńkie ciałko, a właściwie tworzyć nowe życie. Wiedziałam jednak, że pewnego dnia staniesz się rzeczywistością, a mój sen o macierzyństwie wreszcie się spełni.
Gdy nadszedł ten dzień, czułam, że śnię. Nie mogłam uwierzyć, że już jesteś we mnie. Głaskałam swój brzuch i mówiłam do ciebie. Myślałam o dniu, gdy będę mogła wziąć cię w ramion, spojrzeć na ciebie i wreszcie zobaczyć, jak wyglądasz, ty - moje dziecko. Wszystko, co robiłam, robiłam dla ciebie. Przygotowywałam posiłki i jadłam z myślą o tobie, o kruchym życiu, które w sobie noszę.
Twój tatuś i ja zaprojektowaliśmy pokój, wybieraliśmy dla ciebie imiona i zaczęliśmy oszczędzać na twoją przyszłość. Już cię kochaliśmy. Nie mogliśmy doczekać się, gdy ściśniesz nasze palce swoimi maleńkimi paluszkami. Niecierpliwie czekaliśmy, by kąpać twoje delikatne ciałko i słuchać twojego kwilenia, gdy będziesz głodna.
Pragnęliśmy ujrzeć, jak stawiasz pierwsze kroki, usłyszeć, jak wypowiadasz pierwsze słowa, i przeżyć twój pierwszy dzień w szkole. Tęskniliśmy za tym, by pomagać ci w lekcjach i chodzić na twoje mecze. Próbowałam sobie wyobrazić, jak moje malutkie dziecko nazywa tatusiem mężczyznę, którego kocham. Widzieliśmy to wszystko oczami wyobraźni podczas tych miesięcy, gdy rosłaś we mnie. Kochaliśmy cię!
I w jednej chwili zabrano nam te marzenia. Pewnego mglistego poranka podczas rutynowej kontroli dowiedzieliśmy się, że już kilka tygodni wcześniej przestałaś się rozwijać. Odeszłaś od nas, a my nawet o tym nie wiedzieliśmy. Wszystkie nasze myśli i marzenia były daremne. Ale ciągle cię kochaliśmy! Upłynęło dużo czasu, zanim otrząsnęliśmy się z szoku. Powiedziano nam, że za parę miesięcy znowu mogę zajść w ciążę. Ale my pragnęliśmy ciebie!
W końcu zdałam sobie sprawę, że Bóg nie chciał, abyśmy wtedy mieli dziecko, że powinniśmy się do tego lepiej przygotować. Uspokoiło nas to trochę, lecz nadal tęskniliśmy za tobą. Nie mogliśmy się ciebie doczekać, lecz musieliśmy być cierpliwi. Wiedzieliśmy, że gdy się narodzisz, ja zostanę w domu. Jednak byś miała lepsze życie, twój tatuś powinien najpierw skończyć studia. I w ten sposób pogodziliśmy się w końcu ze stratą.
Od tamtej pory minęły cztery lata. Pewnego poranka siedziałam w brodziku z moją trzyletnią córeczką. Obserwowałam, jak małymi rączkami nabiera wody do wiaderka, i podziwiałam jej dziecięcą niewinność. To naprawdę cud, że mogliśmy przebywać z taką wspaniałą istotą. Nagle córeczka spojrzała na mnie uważnie i powiedziała z błyskiem w oku:
- Mamusiu, nie byłaś gotowa, gdy przyszłam pierwszy raz, prawda?
Objęłam moją wspaniałą córeczkę i odparłam ze łzami w oczach:
- Tak, ale bardzo tęskniliśmy, gdy odeszłaś.
Już nie opłakujemy naszego utraconego dziecka, ponieważ ono do nas wróciło. To jest to samo dziecko, które pokochaliśmy tak wiele lat temu.
- Sara Parker
Kochałam cię, gdy byłaś tylko myślą, snem o przyszłym macierzyństwie. Kochałam cię, gdy zastanawiałam się, jak będziesz wyglądać. Trudno było wyobrazić sobie, jak będę nosić twoje maleńkie ciałko, a właściwie tworzyć nowe życie. Wiedziałam jednak, że pewnego dnia staniesz się rzeczywistością, a mój sen o macierzyństwie wreszcie się spełni.
Gdy nadszedł ten dzień, czułam, że śnię. Nie mogłam uwierzyć, że już jesteś we mnie. Głaskałam swój brzuch i mówiłam do ciebie. Myślałam o dniu, gdy będę mogła wziąć cię w ramion, spojrzeć na ciebie i wreszcie zobaczyć, jak wyglądasz, ty - moje dziecko. Wszystko, co robiłam, robiłam dla ciebie. Przygotowywałam posiłki i jadłam z myślą o tobie, o kruchym życiu, które w sobie noszę.
Twój tatuś i ja zaprojektowaliśmy pokój, wybieraliśmy dla ciebie imiona i zaczęliśmy oszczędzać na twoją przyszłość. Już cię kochaliśmy. Nie mogliśmy doczekać się, gdy ściśniesz nasze palce swoimi maleńkimi paluszkami. Niecierpliwie czekaliśmy, by kąpać twoje delikatne ciałko i słuchać twojego kwilenia, gdy będziesz głodna.
Pragnęliśmy ujrzeć, jak stawiasz pierwsze kroki, usłyszeć, jak wypowiadasz pierwsze słowa, i przeżyć twój pierwszy dzień w szkole. Tęskniliśmy za tym, by pomagać ci w lekcjach i chodzić na twoje mecze. Próbowałam sobie wyobrazić, jak moje malutkie dziecko nazywa tatusiem mężczyznę, którego kocham. Widzieliśmy to wszystko oczami wyobraźni podczas tych miesięcy, gdy rosłaś we mnie. Kochaliśmy cię!
I w jednej chwili zabrano nam te marzenia. Pewnego mglistego poranka podczas rutynowej kontroli dowiedzieliśmy się, że już kilka tygodni wcześniej przestałaś się rozwijać. Odeszłaś od nas, a my nawet o tym nie wiedzieliśmy. Wszystkie nasze myśli i marzenia były daremne. Ale ciągle cię kochaliśmy! Upłynęło dużo czasu, zanim otrząsnęliśmy się z szoku. Powiedziano nam, że za parę miesięcy znowu mogę zajść w ciążę. Ale my pragnęliśmy ciebie!
W końcu zdałam sobie sprawę, że Bóg nie chciał, abyśmy wtedy mieli dziecko, że powinniśmy się do tego lepiej przygotować. Uspokoiło nas to trochę, lecz nadal tęskniliśmy za tobą. Nie mogliśmy się ciebie doczekać, lecz musieliśmy być cierpliwi. Wiedzieliśmy, że gdy się narodzisz, ja zostanę w domu. Jednak byś miała lepsze życie, twój tatuś powinien najpierw skończyć studia. I w ten sposób pogodziliśmy się w końcu ze stratą.
Od tamtej pory minęły cztery lata. Pewnego poranka siedziałam w brodziku z moją trzyletnią córeczką. Obserwowałam, jak małymi rączkami nabiera wody do wiaderka, i podziwiałam jej dziecięcą niewinność. To naprawdę cud, że mogliśmy przebywać z taką wspaniałą istotą. Nagle córeczka spojrzała na mnie uważnie i powiedziała z błyskiem w oku:
- Mamusiu, nie byłaś gotowa, gdy przyszłam pierwszy raz, prawda?
Objęłam moją wspaniałą córeczkę i odparłam ze łzami w oczach:
- Tak, ale bardzo tęskniliśmy, gdy odeszłaś.
Już nie opłakujemy naszego utraconego dziecka, ponieważ ono do nas wróciło. To jest to samo dziecko, które pokochaliśmy tak wiele lat temu.
- Sara Parker
38820 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 18:38, punktów: 1
"Oto najlepsza człowieczego życia cząstka: Garść bezimiennych zapoznanych czynów płynących z miłości"
- William Wordsworth
Cyrk
Pewnego razu, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, wybrałem się z tatą do cyrku. Staliśmy w kolejce po bilety, tuż za pewną rodziną, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nietrudno było zgadnąć, że nie są najbogatsi. Ubrani byli niedrogo, ale schludnie. Ośmioro dzieci, małych, z pewnością poniżej dwunastu lat, zachowywało się nienagannie, karnie stojąc w parach za rodzicami i trzymając się za ręce. Brzdące cały czas trajkotały z przejęciem, opowiadając sobie o klownach, słoniach i innych cudach, które miały za chwile zobaczyć. Z łatwością można było się domyślić, że jeszcze nigdy nie były w cyrku, i że wieczór ten zapowiadał się jako największa atrakcja w ich dotychczasowym życiu.
Rodzice stali z przodu, dumni ze swych latorośli. Ona trzymała czule dłoń swego męża i spoglądała na niego z uwielbieniem, jakby chciała powiedzieć: "Jesteś moim rycerzem w lśniącej zbroi". Widać było, że duma rozpiera mu serce; uśmiechał się i spojrzeniem przyznawał jej rację.
Gdy dotarli wreszcie do kasy, kasjerka zapytała go, ile chciałby biletów. Odparł z nieukrywanym zadowoleniem w głosie:
- Proszę osiem biletów ulgowych i dwa normalne. Wybieramy się do cyrku całą rodziną.
Kasjerka natychmiast podała cenę.
Żona puściła dłoń męża i skłoniła wstydliwie głowę. Mężczyzna pochylił się nieznacznie do okienka i drżącym głosem poprosił:
- Mogłaby mi pani powtórzyć?
Kasjerka posłusznie podała cenę jeszcze raz.
Nie miał tyle pieniędzy! Jak powie dzieciom, że nie stać go na bilety do cyrku?!
Mój tato, widząc, co się święci, poszperał w kieszeni, wyciągnął dwudziestodolarowy banknot i upuścił go na ziemię. (Bynajmniej nie byliśmy bogaci!) Potem pochylił się, podniósł zgubę i delikatnie poklepał mężczyznę po ramieniu.
- Przepraszam pana, zdaje się, że wypadło to panu z kieszeni - powiedział.
Mężczyzna natychmiast domyślił się, o co chodzi. Nie prosił o jałmużnę, lecz z pewnością był wdzięczny za pomoc w tak krępującej sytuacji. Spojrzał mojemu ojcu prosto w oczy, ujął w obie ręce jego dłoń zaciśniętą mocno na dwudziestodolarówce. Drżały mu usta, a po policzkach spływały łzy.
- Dziękuję, dziękuję panu - rzekł. - To tak wiele dla znaczy dla mojej rodziny
Wróciliśmy z tatą do domu. Nie spędziliśmy tego wieczora w cyrku, ale humor mieliśmy doskonały.
- Dan Clark
z książki "Balsam dla duszy 2"
- William Wordsworth
Cyrk
Pewnego razu, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, wybrałem się z tatą do cyrku. Staliśmy w kolejce po bilety, tuż za pewną rodziną, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nietrudno było zgadnąć, że nie są najbogatsi. Ubrani byli niedrogo, ale schludnie. Ośmioro dzieci, małych, z pewnością poniżej dwunastu lat, zachowywało się nienagannie, karnie stojąc w parach za rodzicami i trzymając się za ręce. Brzdące cały czas trajkotały z przejęciem, opowiadając sobie o klownach, słoniach i innych cudach, które miały za chwile zobaczyć. Z łatwością można było się domyślić, że jeszcze nigdy nie były w cyrku, i że wieczór ten zapowiadał się jako największa atrakcja w ich dotychczasowym życiu.
Rodzice stali z przodu, dumni ze swych latorośli. Ona trzymała czule dłoń swego męża i spoglądała na niego z uwielbieniem, jakby chciała powiedzieć: "Jesteś moim rycerzem w lśniącej zbroi". Widać było, że duma rozpiera mu serce; uśmiechał się i spojrzeniem przyznawał jej rację.
Gdy dotarli wreszcie do kasy, kasjerka zapytała go, ile chciałby biletów. Odparł z nieukrywanym zadowoleniem w głosie:
- Proszę osiem biletów ulgowych i dwa normalne. Wybieramy się do cyrku całą rodziną.
Kasjerka natychmiast podała cenę.
Żona puściła dłoń męża i skłoniła wstydliwie głowę. Mężczyzna pochylił się nieznacznie do okienka i drżącym głosem poprosił:
- Mogłaby mi pani powtórzyć?
Kasjerka posłusznie podała cenę jeszcze raz.
Nie miał tyle pieniędzy! Jak powie dzieciom, że nie stać go na bilety do cyrku?!
Mój tato, widząc, co się święci, poszperał w kieszeni, wyciągnął dwudziestodolarowy banknot i upuścił go na ziemię. (Bynajmniej nie byliśmy bogaci!) Potem pochylił się, podniósł zgubę i delikatnie poklepał mężczyznę po ramieniu.
- Przepraszam pana, zdaje się, że wypadło to panu z kieszeni - powiedział.
Mężczyzna natychmiast domyślił się, o co chodzi. Nie prosił o jałmużnę, lecz z pewnością był wdzięczny za pomoc w tak krępującej sytuacji. Spojrzał mojemu ojcu prosto w oczy, ujął w obie ręce jego dłoń zaciśniętą mocno na dwudziestodolarówce. Drżały mu usta, a po policzkach spływały łzy.
- Dziękuję, dziękuję panu - rzekł. - To tak wiele dla znaczy dla mojej rodziny
Wróciliśmy z tatą do domu. Nie spędziliśmy tego wieczora w cyrku, ale humor mieliśmy doskonały.
- Dan Clark
z książki "Balsam dla duszy 2"
38819 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 18:32, punktów: 1
Lista
Pewnego dnia nauczycielka poprosiła swoich uczniów, by wypisali na kartce imiona wszystkich kolegów z klasy, zostawiając przy tym trochę miejsca obok nich. Potem powiedziała do uczniów, by się zastanowili nad najmilszą rzeczą, którą mogliby powiedzieć o każdym ze swoich kolegów i napisali to obok ich imion. Trwało to całą godzinę, zanim wszyscy skończyli, i przed opuszczeniem klasy oddali swoje kartki nauczycielce.
W weekend nauczycielka napisała każde nazwisko na kartce i obok niego listę miłych rzeczy przypisanych mu przez kolegów ... W poniedziałek każdemu z uczniów oddała jego lub jej listę. Już po krótkiej chwili wszyscy się uśmiechali. "Rzeczywiście?", było słychać szepty, "Nawet nie wiedziałem, że dla kogoś coś znaczę!" i "Nie wiedziałem, że inni mnie tak lubią", brzmiały komentarze. Nikt potem nie wspominał już o tych listach. Nauczycielka nie wiedziała, czy uczniowie dyskutowali o nich ze sobą lub z rodzicami, ale to nie było istotne. Ćwiczenie wypełniło swoje zadanie. Uczniowie byli zadowoleni z siebie i z innych.
Kilka lat lat później jeden z uczniów zmarł i nauczycielka poszła na
jego pogrzeb. Kościół był pełen przyjaciół. Jeden po drugim z tych, którzy kochali lub znali młodego człowieka, przechodzili obok trumny i oddawali ostatnią cześć. Nauczycielka podeszła jako ostatnia i modliła się przy trumnie. Kiedy tam stała, ktoś z niosących trumnę powiedział do niej: "Czy była pani nauczycielką matematyki Marka?" Skinęła: "Tak".
Ten powiedział: "Mark bardzo często mówił o pani." Po pogrzebie większość szkolnych kolegów Marka zebrało się razem. Byli tam również jego rodzice i wyraźnie czekali na to,
by porozmawiać z nauczycielką. "Chcemy pani coś pokazać", powiedział ojciec i wyciągnął portfel z kieszeni. "Znaleziono to, kiedy zginął Mark.
Sądziliśmy, że pani to rozpozna". Wyjął z portfela zniszczoną kartkę, która najwyraźniej sklejona, była wielokrotnie składana i rozkładana. Nauczycielka wiedziała, nie patrząc, że była to ta kartka, na której były miłe rzeczy, jakie koledzy napisali o Marku. "Chcieliśmy pani bardzo podziękować za to, że pani to zrobiła", powiedziała matka Marka, "Jak pani widzi, Mark bardzo to cenił". Wszyscy dawni uczniowie zebrali się wokół nauczycielki. Charlie
uśmiechnął się i powiedział: "Ja też mam jeszcze moją listę.
Jest w górnej szufladzie mojego biurka". Żona Hainza powiedziała: "Hainz poprosił mnie, żebym wkleiła listę do naszego ślubnego albumu". "Ja też ciągle mam swoją", powiedziała Monika, "jest w moim dzienniku". Potem Irena, inna uczennica, sięgnęła to swojego
terminarza i pokazała wszystkim swoją porwaną i postrzępioną listę: "Zawsze noszę
ją przy sobie" powiedziała i dodała: "Sądzę, że wszyscy zachowaliśmy nasze listy".
Nauczycielka była tak wzruszona, że musiała usiąść i zaczęła płakać. Płakała nad Markiem i nad wszystkimi kolegami, którzy go nigdy już nie zobaczą.
Żyjąc z bliźnimi, często zapominamy, że każde życie kiedyś się kończy i że nie wiemy, kiedy ten dzień nadejdzie. Dlatego należy mówić ludziom, których się kocha, że są szczególni i ważni. Powiedz im to, zanim będzie za późno.
Pomyśl, zbierasz to, co siejesz.
To co wniesiemy do życia innych, wróci do naszego życia.
- Jack Canfield, Mark Victor Hanse
z książki "Balsam dla Duszy"
Pewnego dnia nauczycielka poprosiła swoich uczniów, by wypisali na kartce imiona wszystkich kolegów z klasy, zostawiając przy tym trochę miejsca obok nich. Potem powiedziała do uczniów, by się zastanowili nad najmilszą rzeczą, którą mogliby powiedzieć o każdym ze swoich kolegów i napisali to obok ich imion. Trwało to całą godzinę, zanim wszyscy skończyli, i przed opuszczeniem klasy oddali swoje kartki nauczycielce.
W weekend nauczycielka napisała każde nazwisko na kartce i obok niego listę miłych rzeczy przypisanych mu przez kolegów ... W poniedziałek każdemu z uczniów oddała jego lub jej listę. Już po krótkiej chwili wszyscy się uśmiechali. "Rzeczywiście?", było słychać szepty, "Nawet nie wiedziałem, że dla kogoś coś znaczę!" i "Nie wiedziałem, że inni mnie tak lubią", brzmiały komentarze. Nikt potem nie wspominał już o tych listach. Nauczycielka nie wiedziała, czy uczniowie dyskutowali o nich ze sobą lub z rodzicami, ale to nie było istotne. Ćwiczenie wypełniło swoje zadanie. Uczniowie byli zadowoleni z siebie i z innych.
Kilka lat lat później jeden z uczniów zmarł i nauczycielka poszła na
jego pogrzeb. Kościół był pełen przyjaciół. Jeden po drugim z tych, którzy kochali lub znali młodego człowieka, przechodzili obok trumny i oddawali ostatnią cześć. Nauczycielka podeszła jako ostatnia i modliła się przy trumnie. Kiedy tam stała, ktoś z niosących trumnę powiedział do niej: "Czy była pani nauczycielką matematyki Marka?" Skinęła: "Tak".
Ten powiedział: "Mark bardzo często mówił o pani." Po pogrzebie większość szkolnych kolegów Marka zebrało się razem. Byli tam również jego rodzice i wyraźnie czekali na to,
by porozmawiać z nauczycielką. "Chcemy pani coś pokazać", powiedział ojciec i wyciągnął portfel z kieszeni. "Znaleziono to, kiedy zginął Mark.
Sądziliśmy, że pani to rozpozna". Wyjął z portfela zniszczoną kartkę, która najwyraźniej sklejona, była wielokrotnie składana i rozkładana. Nauczycielka wiedziała, nie patrząc, że była to ta kartka, na której były miłe rzeczy, jakie koledzy napisali o Marku. "Chcieliśmy pani bardzo podziękować za to, że pani to zrobiła", powiedziała matka Marka, "Jak pani widzi, Mark bardzo to cenił". Wszyscy dawni uczniowie zebrali się wokół nauczycielki. Charlie
uśmiechnął się i powiedział: "Ja też mam jeszcze moją listę.
Jest w górnej szufladzie mojego biurka". Żona Hainza powiedziała: "Hainz poprosił mnie, żebym wkleiła listę do naszego ślubnego albumu". "Ja też ciągle mam swoją", powiedziała Monika, "jest w moim dzienniku". Potem Irena, inna uczennica, sięgnęła to swojego
terminarza i pokazała wszystkim swoją porwaną i postrzępioną listę: "Zawsze noszę
ją przy sobie" powiedziała i dodała: "Sądzę, że wszyscy zachowaliśmy nasze listy".
Nauczycielka była tak wzruszona, że musiała usiąść i zaczęła płakać. Płakała nad Markiem i nad wszystkimi kolegami, którzy go nigdy już nie zobaczą.
Żyjąc z bliźnimi, często zapominamy, że każde życie kiedyś się kończy i że nie wiemy, kiedy ten dzień nadejdzie. Dlatego należy mówić ludziom, których się kocha, że są szczególni i ważni. Powiedz im to, zanim będzie za późno.
Pomyśl, zbierasz to, co siejesz.
To co wniesiemy do życia innych, wróci do naszego życia.
- Jack Canfield, Mark Victor Hanse
z książki "Balsam dla Duszy"
38818 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 18:27, punktów: 0
O widoku z murów miasta.
- Kim jestem? - spytał kiedyś starca pewien młodzian.
- Jesteś tym, za kogo się uważasz - odrzekł starzec - wyjaśni ci to taka historyjka...
Zachodziło słońce. Z murów miasta można było zobaczyć na linii horyzontu dwie obejmujące się sylwetki.
"To jakiś tatuś i mamusia" - pomyślała niewinna dziecinka.
"To kochankowie" - pomyślał mężczyzna ze złamanym sercem.
"To dwaj przyjaciele, co spotkali się po wielu latach" - pomyślał człowiek samotny.
"To dwaj kupcy, co dobili targu" - pomyślał skąpiec.
"To ojciec obejmuje syna wracającego z wojny" - pomyślała pewna pani o tkliwej duszy.
"To córka ściska ojca, który wraca z dalekiej podróży" - pomyślał człowiek pogrążony w bólu po śmierci córki.
"To para zakochanych" - pomyślała dziewczyna marząca o miłości.
"To dwaj ludzie walczą do ostatniej kropli krwi" - pomyślał morderca.
"Kto wie, dlaczego się obejmują" - pomyślał człowiek o oschłym sercu.
"Jaki to piękny widok; dwoje obejmujących się ludzi" - pomyślał duchowny.
- W każdej myśli - zakończył starzec - widzisz siebie samego takim, jakim jesteś. Analizuj często swoje myśli; mogą ci one powiedzieć o wiele więcej o tobie samym niż jakikolwiek nauczyciel.
- Pier D\'Aubrigy
- Kim jestem? - spytał kiedyś starca pewien młodzian.
- Jesteś tym, za kogo się uważasz - odrzekł starzec - wyjaśni ci to taka historyjka...
Zachodziło słońce. Z murów miasta można było zobaczyć na linii horyzontu dwie obejmujące się sylwetki.
"To jakiś tatuś i mamusia" - pomyślała niewinna dziecinka.
"To kochankowie" - pomyślał mężczyzna ze złamanym sercem.
"To dwaj przyjaciele, co spotkali się po wielu latach" - pomyślał człowiek samotny.
"To dwaj kupcy, co dobili targu" - pomyślał skąpiec.
"To ojciec obejmuje syna wracającego z wojny" - pomyślała pewna pani o tkliwej duszy.
"To córka ściska ojca, który wraca z dalekiej podróży" - pomyślał człowiek pogrążony w bólu po śmierci córki.
"To para zakochanych" - pomyślała dziewczyna marząca o miłości.
"To dwaj ludzie walczą do ostatniej kropli krwi" - pomyślał morderca.
"Kto wie, dlaczego się obejmują" - pomyślał człowiek o oschłym sercu.
"Jaki to piękny widok; dwoje obejmujących się ludzi" - pomyślał duchowny.
- W każdej myśli - zakończył starzec - widzisz siebie samego takim, jakim jesteś. Analizuj często swoje myśli; mogą ci one powiedzieć o wiele więcej o tobie samym niż jakikolwiek nauczyciel.
- Pier D\'Aubrigy
38817 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 18:06, punktów: 1
Dobrze że jesteś.
Pewna nowojorska nauczycielka postanowiła przeprowadzić pośród uczniów klas maturalnych interesujący eksperyment, wymyślony wcześniej przez Helice Bridges z Del Mar w Kalifornii. Podczas zajęć wzywała po kolei każdego ucznia na środek klasy, mówiła mu, jak wiele znaczy dla niej i dla pozostałych uczniów, a następnie darowała mu błękitna tasiemkę ze złotym napisem: "Dobrze że jesteś".
Nauczycielka zdecydowała też, że klasa wykona podobne doświadczenie w swoim środowisku, by sprawdzić, jaki wpływ na otoczenie wywrze takie publicznie wyrażone uznanie. Każdy z uczniów otrzymał więc trzy dodatkowe tasiemki wraz z poleceniem, by obdarować jedną z nich kogoś szczególnego w dowód wdzięczności lub uznania i ofiarować mu pozostałe dwie z prośbą, by przekazał je dalej. W ciągu tygodnia uczniowie powinni zdać klasie sprawę z przeprowadzonego eksperymentu.
Jeden z chłopców udał się do któregoś z kierowników pobliskiego przedsiębiorstwa i uhonorował go tasiemką za pomoc, której udzielił mu w planowaniu jego przyszłej kariery zawodowej. Chłopak przypiął błękitną tasiemkę do koszuli przełożonego.
- Przeprowadzamy z klasą mały eksperyment dotyczący wyrażania innym naszego uznania - wyjaśnił.
- Chciałbym, aby pan także znalazł kogoś, kogo pragnąłby uhonorować w ten sposób, ofiarował mu taką tasiemkę i dał dodatkową, by ta osoba mogła nagrodzić nią jeszcze kogoś. Zależałoby mi - dodał - aby opowiedział mi pan później, kto otrzymał tasiemkę i jakie to miało skutki.
- Młody mężczyzna jeszcze tego samego dnia wybrał się do swojego szefa, który - co trzeba zaznaczyć - miał opinię strasznego zrzędy. Oznajmił mu, że jest pełen najgłębszego podziwu dla jego twórczego geniuszu. Szef był niesamowicie zdumiony. Jego podwładny zapytał uprzejmie, czy zechciałby przyjąć skromny prezent - błękitną tasiemkę, którą pragnąłby wpiąć w jego marynarkę. Zupełnie już zbity z tropu szef odparł:
- Ależ oczywiście...
- Młody pracownik przytwierdził błękitną tasiemkę do marynarki szefa, tuż nad jego sercem. Wręczył mu potem ostatnią już wstążeczkę i rzekł:
- Czy wyświadczyłby mi pan przysługę? Zechciałby pan wziąć tę wstążeczkę i kogoś nią obdarować?
- Pewien chłopak, ten, który pierwszy dał mi tasiemki, przeprowadza w szkole jakieś doświadczenie czy coś, i zależałoby mu, aby kontynuować tę ceremonię, ponieważ chciałby sprawdzić, jaki ma wpływ na ludzi.
Tego wieczora po powrocie do domu dyrektor posadził obok siebie swego czternastoletniego syna.
- Wiesz - powiedział mu - przytrafiła mi się dziś nadzwyczajna historia. Jeden z moich młodszych podwładnych przyszedł dziś do mojego biura i podarował mi błękitną tasiemkę, mówiąc że bardzo mnie podziwia za mój twórczy geniusz. Wyobrażasz sobie?
Jemu się zdaje, że jestem pełen twórczego geniuszu! Potem przypiął tę wstążeczkę do mojej marynarki, tuż nad sercem, i dał mi jeszcze jedna, prosząc, bym ją komuś ofiarował. Wracając dziś wieczorem do domu, zacząłem się zastanawiać, komu chciałbym podarować tę tasiemkę, i pomyślałem o tobie. Chcę ją podarować tobie. Codziennie jestem zawalony pracą i przez to prawie wcale nie mam dla ciebie czasu - mówił dalej.
- Czasem wrzeszczę na ciebie, jeśli nie przynosisz ze szkoły dobrych stopni albo jeśli w twoim pokoju jest bałagan. Ale dziś jakoś tak...Dziś chciałem po prostu usiąść sobie tutaj i, jak by to ująć... I powiedzieć ci, jak wiele dla mnie znaczysz. Poza twoją matką, jesteś najważniejszą istotą w moim życiu. Jesteś wspaniałym dzieciakiem, naprawdę...
Kocham cię...
Chłopiec zaniósł się płaczem. Szlochał i szlochał, i nie mógł się uspokoić. Długo nie mógł się wypłakać. Spojrzał w końcu na swojego ojca i wydusił przez łzy:
- chciałem popełnić samobójstwo,
tato, bo myślałem, że mnie nie kochasz. Teraz... wszystko jest inaczej...
- Helice Bridges
Pewna nowojorska nauczycielka postanowiła przeprowadzić pośród uczniów klas maturalnych interesujący eksperyment, wymyślony wcześniej przez Helice Bridges z Del Mar w Kalifornii. Podczas zajęć wzywała po kolei każdego ucznia na środek klasy, mówiła mu, jak wiele znaczy dla niej i dla pozostałych uczniów, a następnie darowała mu błękitna tasiemkę ze złotym napisem: "Dobrze że jesteś".
Nauczycielka zdecydowała też, że klasa wykona podobne doświadczenie w swoim środowisku, by sprawdzić, jaki wpływ na otoczenie wywrze takie publicznie wyrażone uznanie. Każdy z uczniów otrzymał więc trzy dodatkowe tasiemki wraz z poleceniem, by obdarować jedną z nich kogoś szczególnego w dowód wdzięczności lub uznania i ofiarować mu pozostałe dwie z prośbą, by przekazał je dalej. W ciągu tygodnia uczniowie powinni zdać klasie sprawę z przeprowadzonego eksperymentu.
Jeden z chłopców udał się do któregoś z kierowników pobliskiego przedsiębiorstwa i uhonorował go tasiemką za pomoc, której udzielił mu w planowaniu jego przyszłej kariery zawodowej. Chłopak przypiął błękitną tasiemkę do koszuli przełożonego.
- Przeprowadzamy z klasą mały eksperyment dotyczący wyrażania innym naszego uznania - wyjaśnił.
- Chciałbym, aby pan także znalazł kogoś, kogo pragnąłby uhonorować w ten sposób, ofiarował mu taką tasiemkę i dał dodatkową, by ta osoba mogła nagrodzić nią jeszcze kogoś. Zależałoby mi - dodał - aby opowiedział mi pan później, kto otrzymał tasiemkę i jakie to miało skutki.
- Młody mężczyzna jeszcze tego samego dnia wybrał się do swojego szefa, który - co trzeba zaznaczyć - miał opinię strasznego zrzędy. Oznajmił mu, że jest pełen najgłębszego podziwu dla jego twórczego geniuszu. Szef był niesamowicie zdumiony. Jego podwładny zapytał uprzejmie, czy zechciałby przyjąć skromny prezent - błękitną tasiemkę, którą pragnąłby wpiąć w jego marynarkę. Zupełnie już zbity z tropu szef odparł:
- Ależ oczywiście...
- Młody pracownik przytwierdził błękitną tasiemkę do marynarki szefa, tuż nad jego sercem. Wręczył mu potem ostatnią już wstążeczkę i rzekł:
- Czy wyświadczyłby mi pan przysługę? Zechciałby pan wziąć tę wstążeczkę i kogoś nią obdarować?
- Pewien chłopak, ten, który pierwszy dał mi tasiemki, przeprowadza w szkole jakieś doświadczenie czy coś, i zależałoby mu, aby kontynuować tę ceremonię, ponieważ chciałby sprawdzić, jaki ma wpływ na ludzi.
Tego wieczora po powrocie do domu dyrektor posadził obok siebie swego czternastoletniego syna.
- Wiesz - powiedział mu - przytrafiła mi się dziś nadzwyczajna historia. Jeden z moich młodszych podwładnych przyszedł dziś do mojego biura i podarował mi błękitną tasiemkę, mówiąc że bardzo mnie podziwia za mój twórczy geniusz. Wyobrażasz sobie?
Jemu się zdaje, że jestem pełen twórczego geniuszu! Potem przypiął tę wstążeczkę do mojej marynarki, tuż nad sercem, i dał mi jeszcze jedna, prosząc, bym ją komuś ofiarował. Wracając dziś wieczorem do domu, zacząłem się zastanawiać, komu chciałbym podarować tę tasiemkę, i pomyślałem o tobie. Chcę ją podarować tobie. Codziennie jestem zawalony pracą i przez to prawie wcale nie mam dla ciebie czasu - mówił dalej.
- Czasem wrzeszczę na ciebie, jeśli nie przynosisz ze szkoły dobrych stopni albo jeśli w twoim pokoju jest bałagan. Ale dziś jakoś tak...Dziś chciałem po prostu usiąść sobie tutaj i, jak by to ująć... I powiedzieć ci, jak wiele dla mnie znaczysz. Poza twoją matką, jesteś najważniejszą istotą w moim życiu. Jesteś wspaniałym dzieciakiem, naprawdę...
Kocham cię...
Chłopiec zaniósł się płaczem. Szlochał i szlochał, i nie mógł się uspokoić. Długo nie mógł się wypłakać. Spojrzał w końcu na swojego ojca i wydusił przez łzy:
- chciałem popełnić samobójstwo,
tato, bo myślałem, że mnie nie kochasz. Teraz... wszystko jest inaczej...
- Helice Bridges
38816 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 18:00, punktów: 2
Mała dziewczynka.
Był sobie pewnego razu Wielki Mężczyzna, który poślubił kobietę swych marzeń. Ich miłość sprawiła, że przyszła na świat maleńka dziewczynka.
Była to bystra i pogodna dziewczynka i Wielki Mężczyzna bardzo, bardzo ją kochał.
Gdy była taka malutka, brał ją na ręce i nucąc jej piosenki, pląsał z nią po pokoju, powtarzając: "Kocham cię, Mała Dziewczynko".
Kiedy Mała Dziewczynka podrosła nieco, a Wielki Mężczyzna tulił ją do siebie, mówiąc: "Kocham cię, Mała Dziewczynko",
Mała Dziewczynka robiła kwaśną minkę i dąsała się: "Nie jestem już małą dziewczynką". Mężczyzna wybuchał wtedy śmiechem.
"Dla mnie zawsze nią pozostaniesz" - mówił.
Mała Dziewczynka, Która-Nie-Była-Już-Małą-Dziewczynką, opuściła w końcu rodzinny dom i poszła w świat.
Poznając coraz lepiej siebie, coraz lepiej poznawała Wielkiego Mężczyznę. Dostrzegała teraz jego siłę, pojęła, jak wielki i potężny jest naprawdę.
Jego moc polegała na tym, że potrafił okazać rodzinie swą miłość. Dokądkolwiek los zaniósłby ją, Mężczyzna telefonował do niej, by jej przypomnieć: "Kocham cię, Mała Dziewczynko".
Nadszedł jednak dzień, kiedy Mała Dziewczynka, Która-Już-Nie-Była-Małą-Dziewczynką, odebrała pewien straszny telefon. Wielki Mężczyzna został pokonany. Miał wylew.
Afazja, wyjaśnili Dziewczynce lekarze, nie może mówić. Nie byli też pewni, czy rozumie, co mówi się do niego.
Nie będzie mógł więcej łagodnie uśmiechać się ani wybuchać gromkim śmiechem, spacerować ani brać nikogo w objęcia, ani tańczyć...
Nie będzie mógł powtarzać Małej Dziewczynce, Która-już-nie-Była-Małą-Dziewczynką, jak bardzo ją kocha...
Dziewczynka przyszła do Wielkiego Mężczyzny. Kiedy leżał nieruchomo na łóżku, nie wyglądał wcale na wielkiego i silnego. Spojrzał na nią, próbował coś powiedzieć, lecz nie potrafił.
Mała Dziewczynka mogła zrobić tylko jedno. Wdrapała się na łóżko i usiadła obok Wielkiego Mężczyzny. Z ich oczu popłynęły łzy. Objęła niezdolne już do niczego ramiona ojca.
Przyciskając głowę do jego piersi, rozmyślała nad wieloma rzeczami. Przypomniała sobie owe cudowne lata, które spędzili razem, gdy Wielki Mężczyzna chronił ją i pielęgnował.
Jakżesz było jej smutno... Utraciła przecież słowa miłości, które wciąż dodawały jej otuchy...
Naraz usłyszała: to bicie serca Mężczyzny, serca, w którym mieszkała tamta muzyka i słowa... Biło miarowo i beztrosko,
nie zważając wcale na ułomność reszty ciała. I gdy trwała tak zasłuchana, zdarzyło się coś fantastycznego, zupełnie jak czary...
Usłyszała to, co tak bardzo pragnęła usłyszeć
Serce Wielkiego Mężczyzny wybijało powoli rytm słów, których nie mogły już więcej wypowiedzieć jego usta...
Kocham cię...
Kocham cię...
kocham cię...
Mała Dziewczynko...
Mała Dziewczynko...
Mała Dziewczynko...
I mogła być znów spokojna...
- Patty Hansen
Był sobie pewnego razu Wielki Mężczyzna, który poślubił kobietę swych marzeń. Ich miłość sprawiła, że przyszła na świat maleńka dziewczynka.
Była to bystra i pogodna dziewczynka i Wielki Mężczyzna bardzo, bardzo ją kochał.
Gdy była taka malutka, brał ją na ręce i nucąc jej piosenki, pląsał z nią po pokoju, powtarzając: "Kocham cię, Mała Dziewczynko".
Kiedy Mała Dziewczynka podrosła nieco, a Wielki Mężczyzna tulił ją do siebie, mówiąc: "Kocham cię, Mała Dziewczynko",
Mała Dziewczynka robiła kwaśną minkę i dąsała się: "Nie jestem już małą dziewczynką". Mężczyzna wybuchał wtedy śmiechem.
"Dla mnie zawsze nią pozostaniesz" - mówił.
Mała Dziewczynka, Która-Nie-Była-Już-Małą-Dziewczynką, opuściła w końcu rodzinny dom i poszła w świat.
Poznając coraz lepiej siebie, coraz lepiej poznawała Wielkiego Mężczyznę. Dostrzegała teraz jego siłę, pojęła, jak wielki i potężny jest naprawdę.
Jego moc polegała na tym, że potrafił okazać rodzinie swą miłość. Dokądkolwiek los zaniósłby ją, Mężczyzna telefonował do niej, by jej przypomnieć: "Kocham cię, Mała Dziewczynko".
Nadszedł jednak dzień, kiedy Mała Dziewczynka, Która-Już-Nie-Była-Małą-Dziewczynką, odebrała pewien straszny telefon. Wielki Mężczyzna został pokonany. Miał wylew.
Afazja, wyjaśnili Dziewczynce lekarze, nie może mówić. Nie byli też pewni, czy rozumie, co mówi się do niego.
Nie będzie mógł więcej łagodnie uśmiechać się ani wybuchać gromkim śmiechem, spacerować ani brać nikogo w objęcia, ani tańczyć...
Nie będzie mógł powtarzać Małej Dziewczynce, Która-już-nie-Była-Małą-Dziewczynką, jak bardzo ją kocha...
Dziewczynka przyszła do Wielkiego Mężczyzny. Kiedy leżał nieruchomo na łóżku, nie wyglądał wcale na wielkiego i silnego. Spojrzał na nią, próbował coś powiedzieć, lecz nie potrafił.
Mała Dziewczynka mogła zrobić tylko jedno. Wdrapała się na łóżko i usiadła obok Wielkiego Mężczyzny. Z ich oczu popłynęły łzy. Objęła niezdolne już do niczego ramiona ojca.
Przyciskając głowę do jego piersi, rozmyślała nad wieloma rzeczami. Przypomniała sobie owe cudowne lata, które spędzili razem, gdy Wielki Mężczyzna chronił ją i pielęgnował.
Jakżesz było jej smutno... Utraciła przecież słowa miłości, które wciąż dodawały jej otuchy...
Naraz usłyszała: to bicie serca Mężczyzny, serca, w którym mieszkała tamta muzyka i słowa... Biło miarowo i beztrosko,
nie zważając wcale na ułomność reszty ciała. I gdy trwała tak zasłuchana, zdarzyło się coś fantastycznego, zupełnie jak czary...
Usłyszała to, co tak bardzo pragnęła usłyszeć
Serce Wielkiego Mężczyzny wybijało powoli rytm słów, których nie mogły już więcej wypowiedzieć jego usta...
Kocham cię...
Kocham cię...
kocham cię...
Mała Dziewczynko...
Mała Dziewczynko...
Mała Dziewczynko...
I mogła być znów spokojna...
- Patty Hansen
38815 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:55, punktów: 0
Miłość, którą otrzymałeś, traktuj jak wielki skarb.
Będzie ona trwać jeszcze długo po tym, jak twe złoto i zdrowie przestaną istnieć.
- Og Mandino
Płacz ojca.
Siedziałem samotnie przy stole, otoczony niewielkim kręgiem światła. Reszta domu była pogrążona w ciemności. Płakałem.
W końcu udało mi się położyć dwójkę moich małych dzieci do łóżka. Musiałem być dla nich zarówno matką, jak i ojcem. Wykąpałem je przy akompaniamencie krzyków radości, szalonych biegów w kółko, śmiechów i rzucania w siebie różnymi rzeczami. W końcu ucichły, położyły się do łóżek, a ja dałem każdemu z nich przepisowe pięć minut drapania po plecach. Potem wziąłem gitarę i zacząłem wieczorny rytuał polegający na odśpiewaniu ludowych piosenek, które kończył utwór pod tytułem "wszystkie śliczne małe koniki". Była to ulubiona piosenka moich dzieci. Śpiewałem ją bez końca, coraz ciszej i ciszej, aż w końcu zasnęły.
Rozwiodłem się niedawno, uzyskując pełną opiekę nad dziećmi. Pragnąłem zapewnić im normalne domowe życie. Przy nich starałem się zawsze, aby na mojej twarzy gościło szczęście. Starałem się też, by wszystko było tak, jak kiedyś. Ten wieczorny rytuał również był taki sam, jak dawniej. Z jednym wyjątkiem : brakowało matki. Jednak znowu się udało, pomyślałem. Kolejny wieczór pełen sukcesów.
Wstałem powoli, usiłując uniknąć jakiegokolwiek hałasu, który mógłby obudzić dzieci, bo zażądałyby nowych piosenek i opowieści. Wyszedłem na palcach z dziecinnego pokoju, zamknąłem drzwi i zszedłem na dół.
Osunąłem się na krzesło i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że usiadłem ze spokojem pierwszy raz od czasu, gdy wróciłem z pracy. Najpierw gotowałem i podawałem posiłek, a potem zachęcałem dwójkę maluchów do jedzenia. Później myłem naczynia, bez przerwy spełniając ich liczne prośby o chwilę uwagi. Pomogłem starszemu przy lekcjach i podziwiałem rysunki młodszego. Potem zachwycałem się jego wspaniałą konstrukcją z klocków lego. Kąpanie , opowiadanie, drapanie po plecach, piosenki i wreszcie chwila dla siebie. Przez chwilę odczułem ulgę.
A potem wszystko zwaliło się na mnie: zmęczenie, ciężar odpowiedzialności, myśl o rachunkach, co do których nie byłem pewien, czy zostały zapłacone, nie kończące się szczegóły związane z prowadzeniem domu.
No i ta samotność. Miałem wrażenie, że znajduję się na dnie wielkiego morza samotności. Wszystko dotarło do mnie w tym samym momencie. Poczułem się zagubiony i pogrążony. W końcu, zupełnie niespodziewanie, zacząłem szlochać. Siedziałem przy stole i cicho pochlipywałem.
Wtem objęły mnie czyjeś małe ramionka i zobaczyłem współczującą buzię mojego pięcioletniego synka. Zawstydziłem się, że zobaczył jak płaczę.
- Przepraszam, Ethan. Nie wiedziałem, że jeszcze nie śpisz.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest, wielu ludzi przeprasza za swoje łzy, a ja nie byłem wyjątkiem.
- Nie chciałem płakać - powiedziałem - Przepraszam. Jestem dzisiaj trochę smutny.
- W porządku, tatusiu. Możesz płakać, jesteś przecież człowiekiem.
Nie potrafię wyrazić tego, jak bardzo uszczęśliwił mnie ten mały chłopczyk. Jego mądra niewinność udzieliła mi pozwolenia na łzy. Chciał przez to powiedzieć, że nie zawsze muszę być silny, że czasem mogę pozwolić sobie na chwilę słabości i uzewnętrznić swoje uczucia.
Mały wślizgnął się na moje kolana, a potem tuliliśmy się do siebie i rozmawialiśmy przez chwilę. W końcu zabrałem go do łóżka i otuliłem kołdrą. Dziwne, ale tej nocy spałem zupełnie dobrze. Dziękuję ci, synku.
- Hanoch McCarty
Będzie ona trwać jeszcze długo po tym, jak twe złoto i zdrowie przestaną istnieć.
- Og Mandino
Płacz ojca.
Siedziałem samotnie przy stole, otoczony niewielkim kręgiem światła. Reszta domu była pogrążona w ciemności. Płakałem.
W końcu udało mi się położyć dwójkę moich małych dzieci do łóżka. Musiałem być dla nich zarówno matką, jak i ojcem. Wykąpałem je przy akompaniamencie krzyków radości, szalonych biegów w kółko, śmiechów i rzucania w siebie różnymi rzeczami. W końcu ucichły, położyły się do łóżek, a ja dałem każdemu z nich przepisowe pięć minut drapania po plecach. Potem wziąłem gitarę i zacząłem wieczorny rytuał polegający na odśpiewaniu ludowych piosenek, które kończył utwór pod tytułem "wszystkie śliczne małe koniki". Była to ulubiona piosenka moich dzieci. Śpiewałem ją bez końca, coraz ciszej i ciszej, aż w końcu zasnęły.
Rozwiodłem się niedawno, uzyskując pełną opiekę nad dziećmi. Pragnąłem zapewnić im normalne domowe życie. Przy nich starałem się zawsze, aby na mojej twarzy gościło szczęście. Starałem się też, by wszystko było tak, jak kiedyś. Ten wieczorny rytuał również był taki sam, jak dawniej. Z jednym wyjątkiem : brakowało matki. Jednak znowu się udało, pomyślałem. Kolejny wieczór pełen sukcesów.
Wstałem powoli, usiłując uniknąć jakiegokolwiek hałasu, który mógłby obudzić dzieci, bo zażądałyby nowych piosenek i opowieści. Wyszedłem na palcach z dziecinnego pokoju, zamknąłem drzwi i zszedłem na dół.
Osunąłem się na krzesło i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że usiadłem ze spokojem pierwszy raz od czasu, gdy wróciłem z pracy. Najpierw gotowałem i podawałem posiłek, a potem zachęcałem dwójkę maluchów do jedzenia. Później myłem naczynia, bez przerwy spełniając ich liczne prośby o chwilę uwagi. Pomogłem starszemu przy lekcjach i podziwiałem rysunki młodszego. Potem zachwycałem się jego wspaniałą konstrukcją z klocków lego. Kąpanie , opowiadanie, drapanie po plecach, piosenki i wreszcie chwila dla siebie. Przez chwilę odczułem ulgę.
A potem wszystko zwaliło się na mnie: zmęczenie, ciężar odpowiedzialności, myśl o rachunkach, co do których nie byłem pewien, czy zostały zapłacone, nie kończące się szczegóły związane z prowadzeniem domu.
No i ta samotność. Miałem wrażenie, że znajduję się na dnie wielkiego morza samotności. Wszystko dotarło do mnie w tym samym momencie. Poczułem się zagubiony i pogrążony. W końcu, zupełnie niespodziewanie, zacząłem szlochać. Siedziałem przy stole i cicho pochlipywałem.
Wtem objęły mnie czyjeś małe ramionka i zobaczyłem współczującą buzię mojego pięcioletniego synka. Zawstydziłem się, że zobaczył jak płaczę.
- Przepraszam, Ethan. Nie wiedziałem, że jeszcze nie śpisz.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest, wielu ludzi przeprasza za swoje łzy, a ja nie byłem wyjątkiem.
- Nie chciałem płakać - powiedziałem - Przepraszam. Jestem dzisiaj trochę smutny.
- W porządku, tatusiu. Możesz płakać, jesteś przecież człowiekiem.
Nie potrafię wyrazić tego, jak bardzo uszczęśliwił mnie ten mały chłopczyk. Jego mądra niewinność udzieliła mi pozwolenia na łzy. Chciał przez to powiedzieć, że nie zawsze muszę być silny, że czasem mogę pozwolić sobie na chwilę słabości i uzewnętrznić swoje uczucia.
Mały wślizgnął się na moje kolana, a potem tuliliśmy się do siebie i rozmawialiśmy przez chwilę. W końcu zabrałem go do łóżka i otuliłem kołdrą. Dziwne, ale tej nocy spałem zupełnie dobrze. Dziękuję ci, synku.
- Hanoch McCarty
38814 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:52, punktów: 0
Czy mówiłem ci już dzisiaj, że cię uwielbiam?
Kiedykolwiek mój tato rozpoczynał ze mną rozmowę, pierwszym zdaniem, jakie wypowiadał, było: "Czy mówiłem ci już dzisiaj, że cię uwielbiam?"
Odwzajemniałam jego miłość, a w późniejszych latach, gdy jego życie zaczęło wyraźnie przygasać, staliśmy się sobie jeszcze bliżsi. Jeśli w ogóle mogliśmy stać się jeszcze bliżsi...
Gdy ukończył osiemdziesiąt dwa lata, mój ojciec był gotów pogodzić się ze śmiercią, ja zaś byłam gotowa pozwolić mu odejść, wiedząc, że to zakończy jego cierpienie. Śmialiśmy się i płakali i trzymając się za ręce, zapewnialiśmy jedno drugie o naszej wzajemnej miłości.
Pamiętam, że powiedziałam:
- Tato, gdy już odejdziesz, daj mi znak, że masz się dobrze.
Roześmiał się, ubawiony absurdalnością mojej prośby. Tato nie wierzył w duszę. Ja także nie byłam do końca przeświadczona o jej istnieniu, lecz niejednokrotnie przekonałam się już, że można otrzymać znak "z tamtej strony".
Mój ojciec i ja byliśmy głęboko ze sobą związani, że jego atak serca odczułam sama. Żałowałam wówczas, że szpital, przy całej swej sterylnej mądrości, nie zezwolił, bym trzymała ojca za rękę, gdy pogrążał się w śmierć.
Dzień w dzień modliłam się, by dał o sobie znać, lecz nic się nie wydarzyło. Noc w noc, tuż przed zaśnięciem, błagałam go o jakiś sen.
Minęły jednak cztery długie miesiące, a ja nie słyszałam ani nie czułam nic, poza żalem po jego stracie. Matka zmarła pięć lat wcześniej na chorobę Alzheimera, i choć sama miałam już własne córki, czułam się jak zagubione dziecko.
Pewnego dnia, gdy leżałam na kozetce w zaciemnionym cichym pokoiku, czekając na masażystę, ogarnęła mnie fala nagłej tęsknoty za ojcem. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem zbyt wymagająca, prosząc go o znak. Naraz spostrzegłam, że mój umysł osiągnął stan nadzwyczajnej przenikliwości. Doświadczyłam nie znanej mi dotąd jasności myślenia - mogłabym dodawać w pamięci długie, bardzo długie słupki liczb... Nie wiedziałam, czy wszystko dzieje się na jawie, czy może śpię. Byłam jednak daleka od jakichkolwiek urojeń sennych. Każda myśl była niczym kropla wody mącąca zamarłą taflę stawu, zdumiewał mnie spokój i beztroska upływających chwil. Pomyślałam wówczas: "Dotychczas próbowałam pokierować tym, w jaki sposób mam otrzymać wieści z tamtej strony. Nie powinnam... Muszę przestać..."
Wtem ukazała się twarz mojej zmarłej matki - ukazała się moja matka, taka, jaka była, zanim choroba Alzheimera ograbiła ją z pamięci, pozbawiła człowieczeństwa. Jej słodką twarz zdobiły wspaniałe srebrzyste włosy. Była tak rzeczywista, tak bliska, że zdawało się, iż wystarczy sięgnąć, by jej dotknąć. Wyglądała jak dwanaście lat temu, zanim zaczęła się jej powolna śmierć. Czułam nawet zapach jej ulubionych perfum "Radości". Wydawała się czekać - nie mówiła nic. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że gdy myślałam o ojcu, pojawiła się moja matka. Czułam się nieco winna, że nie dopominałam się o żaden znak od niej.
Odezwałam się w końcu:
- Mamo... Tak bardzo mi żal, że musiałaś znosić tę straszną chorobę...
Przechyliła nieznacznie głowę w jedną stronę, jakby potwierdzając moje słowa. Potem uśmiechnęła się pięknym, ujmującym uśmiechem.
- Lecz pamiętam tylko miłość - powiedziała.
Zniknęła.
W pokoju zrobiło się nagle zimno. Drżałam. Zaczynałam rozumieć, że liczy się jedynie miłość, ta którą ofiarujemy i otrzymujemy. Jedynie ją się pamięta. Cierpienie przemija, miłość pozostaje.
Owe słowa mojej matki to najważniejsze słowa, jakie usłyszałam w życiu. Ta chwila na zawsze wyryła się w moim sercu.
Nie widziałam dotąd ojca, nie przemówił jeszcze.
Nie wątpię jednak, że pewnego dnia, gdy najmniej będę się tego spodziewała, pojawi się, by zapytać:
"Czy mówiłem ci już dzisiaj, że cię uwielbiam?"
- Bobbie Probstein
Kiedykolwiek mój tato rozpoczynał ze mną rozmowę, pierwszym zdaniem, jakie wypowiadał, było: "Czy mówiłem ci już dzisiaj, że cię uwielbiam?"
Odwzajemniałam jego miłość, a w późniejszych latach, gdy jego życie zaczęło wyraźnie przygasać, staliśmy się sobie jeszcze bliżsi. Jeśli w ogóle mogliśmy stać się jeszcze bliżsi...
Gdy ukończył osiemdziesiąt dwa lata, mój ojciec był gotów pogodzić się ze śmiercią, ja zaś byłam gotowa pozwolić mu odejść, wiedząc, że to zakończy jego cierpienie. Śmialiśmy się i płakali i trzymając się za ręce, zapewnialiśmy jedno drugie o naszej wzajemnej miłości.
Pamiętam, że powiedziałam:
- Tato, gdy już odejdziesz, daj mi znak, że masz się dobrze.
Roześmiał się, ubawiony absurdalnością mojej prośby. Tato nie wierzył w duszę. Ja także nie byłam do końca przeświadczona o jej istnieniu, lecz niejednokrotnie przekonałam się już, że można otrzymać znak "z tamtej strony".
Mój ojciec i ja byliśmy głęboko ze sobą związani, że jego atak serca odczułam sama. Żałowałam wówczas, że szpital, przy całej swej sterylnej mądrości, nie zezwolił, bym trzymała ojca za rękę, gdy pogrążał się w śmierć.
Dzień w dzień modliłam się, by dał o sobie znać, lecz nic się nie wydarzyło. Noc w noc, tuż przed zaśnięciem, błagałam go o jakiś sen.
Minęły jednak cztery długie miesiące, a ja nie słyszałam ani nie czułam nic, poza żalem po jego stracie. Matka zmarła pięć lat wcześniej na chorobę Alzheimera, i choć sama miałam już własne córki, czułam się jak zagubione dziecko.
Pewnego dnia, gdy leżałam na kozetce w zaciemnionym cichym pokoiku, czekając na masażystę, ogarnęła mnie fala nagłej tęsknoty za ojcem. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem zbyt wymagająca, prosząc go o znak. Naraz spostrzegłam, że mój umysł osiągnął stan nadzwyczajnej przenikliwości. Doświadczyłam nie znanej mi dotąd jasności myślenia - mogłabym dodawać w pamięci długie, bardzo długie słupki liczb... Nie wiedziałam, czy wszystko dzieje się na jawie, czy może śpię. Byłam jednak daleka od jakichkolwiek urojeń sennych. Każda myśl była niczym kropla wody mącąca zamarłą taflę stawu, zdumiewał mnie spokój i beztroska upływających chwil. Pomyślałam wówczas: "Dotychczas próbowałam pokierować tym, w jaki sposób mam otrzymać wieści z tamtej strony. Nie powinnam... Muszę przestać..."
Wtem ukazała się twarz mojej zmarłej matki - ukazała się moja matka, taka, jaka była, zanim choroba Alzheimera ograbiła ją z pamięci, pozbawiła człowieczeństwa. Jej słodką twarz zdobiły wspaniałe srebrzyste włosy. Była tak rzeczywista, tak bliska, że zdawało się, iż wystarczy sięgnąć, by jej dotknąć. Wyglądała jak dwanaście lat temu, zanim zaczęła się jej powolna śmierć. Czułam nawet zapach jej ulubionych perfum "Radości". Wydawała się czekać - nie mówiła nic. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że gdy myślałam o ojcu, pojawiła się moja matka. Czułam się nieco winna, że nie dopominałam się o żaden znak od niej.
Odezwałam się w końcu:
- Mamo... Tak bardzo mi żal, że musiałaś znosić tę straszną chorobę...
Przechyliła nieznacznie głowę w jedną stronę, jakby potwierdzając moje słowa. Potem uśmiechnęła się pięknym, ujmującym uśmiechem.
- Lecz pamiętam tylko miłość - powiedziała.
Zniknęła.
W pokoju zrobiło się nagle zimno. Drżałam. Zaczynałam rozumieć, że liczy się jedynie miłość, ta którą ofiarujemy i otrzymujemy. Jedynie ją się pamięta. Cierpienie przemija, miłość pozostaje.
Owe słowa mojej matki to najważniejsze słowa, jakie usłyszałam w życiu. Ta chwila na zawsze wyryła się w moim sercu.
Nie widziałam dotąd ojca, nie przemówił jeszcze.
Nie wątpię jednak, że pewnego dnia, gdy najmniej będę się tego spodziewała, pojawi się, by zapytać:
"Czy mówiłem ci już dzisiaj, że cię uwielbiam?"
- Bobbie Probstein
38813 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:50, punktów: 0
Kamienie krzyczą.
Pewnego razu na wysypisku gruzu spotkały się: kawałek krawężnika, płyta chodnikowa i kamień z bruku. Wszystkie trzy były wyszczerbione i połamane i wszystkie czuły, że bardzo źle je traktowano. Miały na bokach szczerby tak wielkie, jakby je zrobił słoń.
- Ludzie są tacy niewdzięczni - mruknął kawałek krawężnika. - Spędziłem swój pracowity żywot na skraju chodnika, pozwalając im przechodzić po mnie. Nigdy nikomu nie podstawiłem nogi. I jakie dostałem podziękowanie? Żadnego. Nadeszła grupa ludzi z kilofami i potłukła chodnik na kawałki.
Żywot płyty chodnikowej też nie był szczęśliwy.
- Spędziłam długie, pracowite lata pośrodku peronu na dworcu kolejowym, stale mając na głowie bagaże i ludzi - skarżyła się. - Zawsze znosiłam to spokojnie, ale też nie dostałam żadnego podziękowania. Któregoś dnia nadeszła grupa ludzi z dźwigami i zamieniła dworzec kolejowy w piętrowy parking dla aut.
Kamień brukowy także czul, że jego doświadczenia z ludźmi były jak najgorsze.
- Spędziłem pięćdziesiąt lat w nawierzchni mostu -zaszlochał. - Nie macie pojęcia, co ja musiałem znosić... Ludzie w samochodach i ciężarówkach jeździli po mnie przez cały czas, w dzień i w nocy. Często miałem ochotę ponarzekać, ale zamiast tego trwałem tam bez sprzeciwu. Czy chociaż jedna ludzka istota kiedykolwiek podziękowała mi za mój trud? Ha! Niedoczekanie! Poświęciłem pięćdziesiąt lat, służąc im, i co się stało? Jacyś ludzie z buldożerami zburzyli most - oto, co się stało.
Któregoś dnia, gdy trzy kamienie rozmawiały o tym, jaka niesprawiedliwość je spotkała, przyszła im wszystkim do głów ta sama myśl. Dość tego! Nadszedł czas, by rzucić hasło do rewolucji; czas, by wszędzie poruszyć skały i kamyczki, by zawalały się, spadały i przygniatały swoich władców - ludzi.
Ale był jeden problem. Rewolucja potrzebowała przywódcy.
Płyta chodnikowa spojrzała na kamień brukowy, a kamień z bruku popatrzył na kamień z krawężnika, ale jakoś żadne z nich nie miało ochoty podjąć się tego zadania.
I wtedy nagle przypomniały sobie, że głęboko wewnątrz sterty gruzu leży Starożytny Kamień, który tkwi tu od tysięcy lat. Potoczyły się więc na dół, by z nim porozmawiać.
- Planujemy obalenie Królestwa Tego Świata - wyjaśniły. -Wszystko, czego nam jeszcze potrzeba, to mądry, stary przywódca, taki jak ty... . Gdy mówiły, w żyłkach Starożytnego Kamienia jaśniała mądrość wieków, a jego czysta bici lśniła w słońcu.
- Ależ Wielki Przywódca już obalił Królestwo Tego Świata -odparł spokojnie Starożytny Kamień. - To się wydarzyło, kiedy byłem jeszcze młodym kawałkiem marmuru i leżałem sobie przy drodze do Jerozolimy. Byłem tam i mogłem zobaczyć, jak wjeżdża przez miejską bramę.
- Czy chcesz powiedzieć, że Wielki Przywódca wjechał do Jerozolimy na bojowym rumaku i rozbił ludzką potęgę na kawałki? - zawołał kamień z bruku.
- Nie - odpowiedział Starożytny Kamień. - Wjechał do miasta na osiołku i pozwolił, żeby to Jego pobito
- Pozwolił, żeby Go pobito! - Kamienie kołysały się przez chwilę ze zdumienia. - Ależ to nie ma sensu!
- To ma duchowy sens - powiedział Starożytny Kamień. - Bo widzicie, On przybył, aby założyć Królestwo Miłości; a tego nie dokona się żadna bronią. Nie, On wiedział, że jedyny sposób, by to zrobić, to pozwolić ludziom zranić Jego ciało i przelać Jego krew.
Po tych słowach nastąpiła długa cisza. Pod pokruszoną powierzchnią gorzki gniew kamieni topniał.
- Chciałbym usłyszeć więcej o tym Królu i Jego Królestwie Miłości - powiedział wreszcie kamień brukowy.
- Tak sobie właśnie pomyślałam, czy On wspominał coś o kamieniach? - dodała z nadzieją w głosie płyta chodnikowa. Starożytny Kamień zaczął migotać.
- Ciekawe, że o to zapytałaś. Tego dnia, kiedy wjeżdżał do Jerozolimy, dostojnicy ze świątyni próbowali Go nakłonić, żeby uciszył swoich wyznawców. Ale On odwrócił się i powiedział, że nawet jeśli ludzie przestaną wołać, kamienie będą krzyczały.
- Coś takiego! Tak powiedział! O nas! - Trzy kamienie omal nie popękały z wrażenia.
- To były Jego słowa - odparł Starożytny Kamień.
- Wspaniale! Co prawda nie było nas tam wtedy - powiedział kamień z bruku. -Ale możemy przyłączyć się teraz!
I tak też zrobiły Wołały radośnie: "Hosanna! Hosanna! Hosanna!".
A potem wszyscy mogli usłyszeć odgłos potężny jak grzmot, bo wszystkie kamienic z wysypiska przyłączyły się do okrzyku.
- Lynda Neilands
Pewnego razu na wysypisku gruzu spotkały się: kawałek krawężnika, płyta chodnikowa i kamień z bruku. Wszystkie trzy były wyszczerbione i połamane i wszystkie czuły, że bardzo źle je traktowano. Miały na bokach szczerby tak wielkie, jakby je zrobił słoń.
- Ludzie są tacy niewdzięczni - mruknął kawałek krawężnika. - Spędziłem swój pracowity żywot na skraju chodnika, pozwalając im przechodzić po mnie. Nigdy nikomu nie podstawiłem nogi. I jakie dostałem podziękowanie? Żadnego. Nadeszła grupa ludzi z kilofami i potłukła chodnik na kawałki.
Żywot płyty chodnikowej też nie był szczęśliwy.
- Spędziłam długie, pracowite lata pośrodku peronu na dworcu kolejowym, stale mając na głowie bagaże i ludzi - skarżyła się. - Zawsze znosiłam to spokojnie, ale też nie dostałam żadnego podziękowania. Któregoś dnia nadeszła grupa ludzi z dźwigami i zamieniła dworzec kolejowy w piętrowy parking dla aut.
Kamień brukowy także czul, że jego doświadczenia z ludźmi były jak najgorsze.
- Spędziłem pięćdziesiąt lat w nawierzchni mostu -zaszlochał. - Nie macie pojęcia, co ja musiałem znosić... Ludzie w samochodach i ciężarówkach jeździli po mnie przez cały czas, w dzień i w nocy. Często miałem ochotę ponarzekać, ale zamiast tego trwałem tam bez sprzeciwu. Czy chociaż jedna ludzka istota kiedykolwiek podziękowała mi za mój trud? Ha! Niedoczekanie! Poświęciłem pięćdziesiąt lat, służąc im, i co się stało? Jacyś ludzie z buldożerami zburzyli most - oto, co się stało.
Któregoś dnia, gdy trzy kamienie rozmawiały o tym, jaka niesprawiedliwość je spotkała, przyszła im wszystkim do głów ta sama myśl. Dość tego! Nadszedł czas, by rzucić hasło do rewolucji; czas, by wszędzie poruszyć skały i kamyczki, by zawalały się, spadały i przygniatały swoich władców - ludzi.
Ale był jeden problem. Rewolucja potrzebowała przywódcy.
Płyta chodnikowa spojrzała na kamień brukowy, a kamień z bruku popatrzył na kamień z krawężnika, ale jakoś żadne z nich nie miało ochoty podjąć się tego zadania.
I wtedy nagle przypomniały sobie, że głęboko wewnątrz sterty gruzu leży Starożytny Kamień, który tkwi tu od tysięcy lat. Potoczyły się więc na dół, by z nim porozmawiać.
- Planujemy obalenie Królestwa Tego Świata - wyjaśniły. -Wszystko, czego nam jeszcze potrzeba, to mądry, stary przywódca, taki jak ty... . Gdy mówiły, w żyłkach Starożytnego Kamienia jaśniała mądrość wieków, a jego czysta bici lśniła w słońcu.
- Ależ Wielki Przywódca już obalił Królestwo Tego Świata -odparł spokojnie Starożytny Kamień. - To się wydarzyło, kiedy byłem jeszcze młodym kawałkiem marmuru i leżałem sobie przy drodze do Jerozolimy. Byłem tam i mogłem zobaczyć, jak wjeżdża przez miejską bramę.
- Czy chcesz powiedzieć, że Wielki Przywódca wjechał do Jerozolimy na bojowym rumaku i rozbił ludzką potęgę na kawałki? - zawołał kamień z bruku.
- Nie - odpowiedział Starożytny Kamień. - Wjechał do miasta na osiołku i pozwolił, żeby to Jego pobito
- Pozwolił, żeby Go pobito! - Kamienie kołysały się przez chwilę ze zdumienia. - Ależ to nie ma sensu!
- To ma duchowy sens - powiedział Starożytny Kamień. - Bo widzicie, On przybył, aby założyć Królestwo Miłości; a tego nie dokona się żadna bronią. Nie, On wiedział, że jedyny sposób, by to zrobić, to pozwolić ludziom zranić Jego ciało i przelać Jego krew.
Po tych słowach nastąpiła długa cisza. Pod pokruszoną powierzchnią gorzki gniew kamieni topniał.
- Chciałbym usłyszeć więcej o tym Królu i Jego Królestwie Miłości - powiedział wreszcie kamień brukowy.
- Tak sobie właśnie pomyślałam, czy On wspominał coś o kamieniach? - dodała z nadzieją w głosie płyta chodnikowa. Starożytny Kamień zaczął migotać.
- Ciekawe, że o to zapytałaś. Tego dnia, kiedy wjeżdżał do Jerozolimy, dostojnicy ze świątyni próbowali Go nakłonić, żeby uciszył swoich wyznawców. Ale On odwrócił się i powiedział, że nawet jeśli ludzie przestaną wołać, kamienie będą krzyczały.
- Coś takiego! Tak powiedział! O nas! - Trzy kamienie omal nie popękały z wrażenia.
- To były Jego słowa - odparł Starożytny Kamień.
- Wspaniale! Co prawda nie było nas tam wtedy - powiedział kamień z bruku. -Ale możemy przyłączyć się teraz!
I tak też zrobiły Wołały radośnie: "Hosanna! Hosanna! Hosanna!".
A potem wszyscy mogli usłyszeć odgłos potężny jak grzmot, bo wszystkie kamienic z wysypiska przyłączyły się do okrzyku.
- Lynda Neilands
38812 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:45, punktów: 0
Tylko posłuchaj.
Moi tesciowie właśnie odbyli męczącą podróż do Nowego Jorku po wakacjach na Florydzie.
- Pierwszy raz samochód zepsuł się, gdy byliśmy gdzieś w Karolinie Północnej - opowiadała mi teściowa przez telefon. - Naprawiliśmy go, po czym nawalił nam znowu w Delaware. Jednak najgorsze ze wszystkiego było to, co przytrafiło się nam na moście Yerrazano w godzinach szczytu. Myślałam wtedy, że już nigdy nie uda nam się dotrzeć do domu.
- To brzmi rzeczywiście okropnie - użaliłam się nad nią, gotowa natychmiast opowiedzieć jej w zamian swoją straszliwą historie o samochodzie, który wysiadł mi o wpół do dziesiątej wieczorem na puściuteńkim parkingu centrum handlowego.
Ktoś jednak zapukał do drzwi mieszkania teściowej, musiała więc kończyć rozmowę.
- Dziękuję ci za to, że mnie wysłuchałaś -- dodała na do widzenia. - Jednak najbardziej jestem ci wdzięczna, że nie opowiedziałaś mi swojej najgorszej przygody z samochodem.
Czerwona ze wstydu odwiesiłam słuchawkę. Przez wiele kolejnych dni myślałam nad mądrością jej pożegnalnych słów.
Nie potrafię zliczyć, ile razy, gdy zaczynałam na coś narzekać - na kłótnie z synem, zawodowe rozczarowania lub nawet problemy z samochodem - moja przyjaciółka natychmiast wtrącała: "To dokładnie jak u mnie". I nagle rozmawiałyśmy już tylko o jej niewdzięcznym dziecku, jej beznadziejnym szefie, jej cieknącym przewodzie paliwowym.
Mnie zaś pozostawało tylko kiwać głową w odpowiednich momentach, zastanawiając się, czy wszyscy nie cierpimy na przykry przypadek zaburzeń wyrażających się w niezdolności okazywania innym uwagi.
Oczywiście nie ma nic bardziej naturalnego niż chęć pocieszenia wyczerpanej nerwowo przyjaciółki zapewnieniami, że nie ona jedna znalazła się w trudnej sytuacji. Jednak katastrofy życiowe są podobne do siebie jedynie z daleka.
Mąż Twojej przyjaciółki mógł stracić pracę tak jak Twój, ale nie ma dwóch rodzin, które miałyby identyczne konta w banku czy plany awaryjne.
Mówienie "doskonale cię rozumiem" może stanowić preludium do udzielenia rady: "Ja w podobnej sytuacji postąpiłam tak a tak i Ty powinnaś zrobić to samo". Jednak gdy podróż do jakiegoś miejsca trwa trzykrotnie dłużej niż powinna albo Twoje dziecko dostaje wysokiej gorączki w środku nocy, czy naprawdę chcesz słyszeć, jak Twoja przyjaciółka poradziła sobie z podobną sytuacją?
Gdy znajdujemy się w dołku psychicznym albo szalejemy ze szczęścia wszyscy marzymy, by znaleźć przyjaciela, który sprawia wrażenie, że ma dość czasu, by nas spokojnie wysłuchać. Ta umiejętność bycia z kimś, dzielenia jego bólu lub szczęścia jest podstawą prawdziwej empatii.
Na szczęście tej empatii bardzo łatwo się nauczyć. Na przykład, od tamtej rozmowy z moją teściową tłumię w zarodku impuls przerwania przyjaciółce, która mi się zwierza. Uczę się zwracać uwagę na zachowanie drugiej osoby, na język ciała, wyraz twarzy, ton głosu i to, co zostało niedopowiedziane.
Potrafię też łatwiej rozpoznać i docenić empatię, gdy to ja z niej korzystam. Pewnego dnia zadzwoniłam do przyjaciółki, by poskarżyć się, że jestem zdenerwowana i nie potrafię się skoncentrować.
- Chcesz o tym pogadać? - spytała.
Przez długą chwilę mówiłam bez ładu i składu.
W końcu podziękowałam jej za to, że mnie wysłuchała i zapytałam, jak ona się czuje.
- O mnie możemy porozmawiać jutro - powiedziała.
I to właśnie jest empatia.
Nie zawsze chcemy odpowiedzi i porad. Czasami pragniemy po prostu, by ktoś nas wysłuchał.
- R. Israeloff
Moi tesciowie właśnie odbyli męczącą podróż do Nowego Jorku po wakacjach na Florydzie.
- Pierwszy raz samochód zepsuł się, gdy byliśmy gdzieś w Karolinie Północnej - opowiadała mi teściowa przez telefon. - Naprawiliśmy go, po czym nawalił nam znowu w Delaware. Jednak najgorsze ze wszystkiego było to, co przytrafiło się nam na moście Yerrazano w godzinach szczytu. Myślałam wtedy, że już nigdy nie uda nam się dotrzeć do domu.
- To brzmi rzeczywiście okropnie - użaliłam się nad nią, gotowa natychmiast opowiedzieć jej w zamian swoją straszliwą historie o samochodzie, który wysiadł mi o wpół do dziesiątej wieczorem na puściuteńkim parkingu centrum handlowego.
Ktoś jednak zapukał do drzwi mieszkania teściowej, musiała więc kończyć rozmowę.
- Dziękuję ci za to, że mnie wysłuchałaś -- dodała na do widzenia. - Jednak najbardziej jestem ci wdzięczna, że nie opowiedziałaś mi swojej najgorszej przygody z samochodem.
Czerwona ze wstydu odwiesiłam słuchawkę. Przez wiele kolejnych dni myślałam nad mądrością jej pożegnalnych słów.
Nie potrafię zliczyć, ile razy, gdy zaczynałam na coś narzekać - na kłótnie z synem, zawodowe rozczarowania lub nawet problemy z samochodem - moja przyjaciółka natychmiast wtrącała: "To dokładnie jak u mnie". I nagle rozmawiałyśmy już tylko o jej niewdzięcznym dziecku, jej beznadziejnym szefie, jej cieknącym przewodzie paliwowym.
Mnie zaś pozostawało tylko kiwać głową w odpowiednich momentach, zastanawiając się, czy wszyscy nie cierpimy na przykry przypadek zaburzeń wyrażających się w niezdolności okazywania innym uwagi.
Oczywiście nie ma nic bardziej naturalnego niż chęć pocieszenia wyczerpanej nerwowo przyjaciółki zapewnieniami, że nie ona jedna znalazła się w trudnej sytuacji. Jednak katastrofy życiowe są podobne do siebie jedynie z daleka.
Mąż Twojej przyjaciółki mógł stracić pracę tak jak Twój, ale nie ma dwóch rodzin, które miałyby identyczne konta w banku czy plany awaryjne.
Mówienie "doskonale cię rozumiem" może stanowić preludium do udzielenia rady: "Ja w podobnej sytuacji postąpiłam tak a tak i Ty powinnaś zrobić to samo". Jednak gdy podróż do jakiegoś miejsca trwa trzykrotnie dłużej niż powinna albo Twoje dziecko dostaje wysokiej gorączki w środku nocy, czy naprawdę chcesz słyszeć, jak Twoja przyjaciółka poradziła sobie z podobną sytuacją?
Gdy znajdujemy się w dołku psychicznym albo szalejemy ze szczęścia wszyscy marzymy, by znaleźć przyjaciela, który sprawia wrażenie, że ma dość czasu, by nas spokojnie wysłuchać. Ta umiejętność bycia z kimś, dzielenia jego bólu lub szczęścia jest podstawą prawdziwej empatii.
Na szczęście tej empatii bardzo łatwo się nauczyć. Na przykład, od tamtej rozmowy z moją teściową tłumię w zarodku impuls przerwania przyjaciółce, która mi się zwierza. Uczę się zwracać uwagę na zachowanie drugiej osoby, na język ciała, wyraz twarzy, ton głosu i to, co zostało niedopowiedziane.
Potrafię też łatwiej rozpoznać i docenić empatię, gdy to ja z niej korzystam. Pewnego dnia zadzwoniłam do przyjaciółki, by poskarżyć się, że jestem zdenerwowana i nie potrafię się skoncentrować.
- Chcesz o tym pogadać? - spytała.
Przez długą chwilę mówiłam bez ładu i składu.
W końcu podziękowałam jej za to, że mnie wysłuchała i zapytałam, jak ona się czuje.
- O mnie możemy porozmawiać jutro - powiedziała.
I to właśnie jest empatia.
Nie zawsze chcemy odpowiedzi i porad. Czasami pragniemy po prostu, by ktoś nas wysłuchał.
- R. Israeloff
38811 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:42, punktów: 0
Róża
W starej dzielnicy Paryża, o porannym brzasku, ludzie budzili się do życia. Opustoszałe ulice zapełniały się śpieszącymi do pracy. Na jednej z nich, przed starą kamienicą, stały ruiny okazałej niegdyś rezydencji. Nikomu nie przeszkadzała ich szpetota. Były świadkiem nocnych wyznań miłosnych i czynów niegodnych człowieka. Wszyscy przyzwyczaili się jednak do takiego towarzystwa. Podświadomie czuliby brak jakiejś części życia, gdyby ich tam brakło.
Na murze okalającym budynek, szeroką wstęgą rozrosły się rośliny. Ich piękno ożywiało to miejsce. Dodawało mu kolorytu.
Któregoś dnia, w ceglanej szczelinie muru, pojawiła się kolejna, malutka roślinka. Pnącza rozsunęły swoje liście, by mogła w pełni złapać światło słońca. To mała róża budziła się w tym dziwnym miejscu do życia. Nikt nie wiedział skąd tam się wzięła.
Gdy podrosła, swoimi płatkami i wonią zachwycała przechodzących. Aż dziw, że nikt jej nie zerwał, tak uroczo wyglądała. Gdy rano rozchylała swe płatki do słońca, czuła jak życie ludzi tam mieszkających, staje się jej własnym.
I.
Na parterze kamienicy, naprzeciw której rosła róża, znajdował się sklep z pieczywem, połączony z piekarnią. Gdy wszyscy układali się do snu, w niej zapalały się światła. Róża czuła zapach pieczywa, które w rękach piekarzy przybierało kształt chleba, bułek, kajzerek. Codziennie widziała piekarza, który o 6 rano otwierał swój sklep, by ludzie mogli zjeść smaczne śniadanie przed pracą. Z miłością patrzyła na jego ręce. Dla wielu były jak bochenki chleba, który wypiekał. Ona widziała w nich ręce artysty, który sprawnymi ruchami przygotowywał innym pokarm codzienny. Czuła ich aksamitny dotyk, gdy wyjmował z pieca pachnące pieczywo.
Myślała nieraz o jego rodzinie, którą musiał otaczać równie wielką miłością. Ujęta była dobrocią jego serca, gdy wielokrotnie dawał za darmo chleb potrzebującym. Bywało, że dzieci bawiące się na ulicy, otrzymywały od piekarza wieczorem bułki, by mogły cieszyć się bez przeszkód radością dzieciństwa.
Róża była pewna, że piekarz miał dobre serce. "Podaruję mu swój jeden płatek" - pomyślała. Gdy piekarz zamykał sklep, upuściła go przed nim. Przystanął, schylił się i drżącymi rękami podniósł. Spojrzał na różę i powiedział "Dziękuję". Róża czuła się szczęśliwa.
II.
Na drugim piętrze kamienicy mieszkał samotny staruszek. Miał ok. 80 lat. Był średniego wzrostu. Siwe włosy na głowie mówiły o wieku, ale też przeżytych wydarzeniach. Od innych roślin róża usłyszała jego historię.
Mieszkał z żoną w tej kamienicy od niepamiętnych czasów. Nosili imiona Piotr i Zofia. On pracował w fabryce, ona była fryzjerką. Wielokrotnie po pracy siadali na balkonie, rozkoszując się widokiem zachodzącego słońca. Byli wspaniałą parą. Jakieś 30 lat temu, po 4.00. rano, wszystkich mieszkańców zbudził głos syren karetki pogotowia ratunkowego. Przyjechali do Zofii. Zasłabła w nocy. Zabrali ją do szpitala. Po kilkudziesięciu dniach powróciła do domu. Jakże odmieniona. Nikt z mieszkańców nie mówił tego głośno, ale wszyscy wiedzieli: rak. Równało się to wyrokowi śmierci. Mimo wielu wysiłków lekarze byli bezradni.
Mieszkańcy kamienicy obserwowali z jaką godnością Piotr z Zofią czekali na ten nieunikniony moment. Ona nie mogła już pracować. Ale czekała na Piotra codziennie w domu z gorącym obiadem. Tak samo siadali na balkonie, tylko ona częściej wspierała swoją głowę na jego ramieniu. Gdy pewnego dnia brakło ich w ulubionym miejscu, całą ulicę zmroziła wielka cisza. Nawet dzieci zwykle hałasujące pod oknami, siedziały w grupach, wpatrzone w okna na I piętrze.
...
Miała piękny pogrzeb. Wszyscy mieszkańcy czuli, że musieli Ją pożegnać. Powiedzieć "dziękuję" i "do widzenia". Nad grobem Piotr drżącym głosem powiedział "Do zobaczenia, Kochanie" i rzucił tylko jeden kwiat: czerwoną różę. Jakże róża chciałaby tam być. "Ale wtedy mnie jeszcze tu nie było" - pomyślała.
Gdy usłyszała tą historię, zrozumiała dlaczego Piotr codziennie siadał na balkonie i wpatrywał się z uwagą w zachodzące słońce, jakby chciał tam coś dostrzec. Każdego przedpołudnia wychodził też do kwiaciarni, by kupić jedną różę i kierował się na cmentarz. Siadał na ławce i godzinami mówił żonie o miłości do Niej. W melodyjnej woni kwiatów, róża słyszała jak Piotr żegnał swoją Zofię: "Kocham Cię mocniej niż wczoraj i o wiele za mało, niż będę kochał cię jutro. Do zobaczenia, Kochanie". I ciepłe łzy płynęły po jego pięknie pooranej zmarszczkami twarzy.
Róża oderwała swój płatek i chwyciła w niego łzę Piotra. Była dla niej najpiękniejszym wymiarem miłości.
III.
Tej nocy w Paryżu wiał mocny wiatr. Porwał róży kilka płatków. "To dla nieznajomych" - pomyślała.
IV.
Na III piętrze mieszkało młode małżeństwo z dziećmi. Janusz i Edyta byli wspaniałą parą. Doskonale się rozumieli. Ich starsza córka Monika była wierną kopią tatusia. Starała się, jak na swoje lata, pomagać rodzicom w opiece nad malutkim braciszkiem Sebastianem. Róża znała jej historię.
Janusz otrzymał to mieszkanie od rodziców. Podczas imienin kolegi poznał Edytę. Studiowała wtedy pedagogikę. Później był wspólny Sylwester i tak się potoczyło. Dzielnie wspomagał ją w czasie sesji egzaminacyjnej, dzieląc czas na pracę i dla ukochanej. Długie godziny spędzali rozmawiając ze sobą i ciągle brakowało im czasu, tak wiele chcieli sobie powiedzieć.
Ich ślub był wielkim świętem całej ulicy. Edyta w białej sukni wyglądała niczym królewna, ale gdy stanęli razem, byli najpiękniejszą parą świata. Do kościoła pojechali w samochodzie z lat 30-tych XX wieku.
Wszyscy mieszkańcy kamienicy pomagali Edycie wprowadzić się do Janusza. Była chodząca radością. Zarażała swoim optymizmem.
W rok po ślubie zaszła w ciążę. Sąsiedzi z radością oczekiwali nowego mieszkańca. Gdy Janusz zadzwonił ze szpitala, że ma córkę - Monikę - w pobliskim barze radość nie miała końca. Wielu z tego powodu miało kłopoty z powrotem do domu.
Po kilku dniach przyszła wiadomość, że Monika ma chore serce. Jakiś otwór w sercu się nie zamknął czy coś w tym rodzaju. "To niesprawiedliwe, Panie Boże", "Dlaczego właśnie Oni", "W czym zawiniło to dzieciątko" - pytali sąsiedzi, patrząc na siebie pytającymi oczami.
W niedzielę ksiądz w kościele ogłosił, że jutro Monika przejdzie skomplikowaną operację i że wieczorem o 19.00 będzie odprawiał Mszę Świętą w jej intencji.
Tylu osób jeszcze nie było w świątyni. Poszedł nawet stary, niewierzący (jak mówił) Mateusz, który od wojny miał pretensje do Boga, że zabrał mu całą rodzinę. I nikt nie wstydził się wylewanych łez. Po mszy nikomu nie śpieszyło się do domu. Gdy już wyszli z kościoła, nikt nic nie mówił. Cisza mówiła.
...
Operacja się udała! Ale Monika długi czas dochodziła do siebie. Janusz i Edyta wiedzieli, ze ich córeczkę czeka jeszcze jeden zabieg. Radość z udanej operacji łączyła się z niepewnością jutra. Ich życie toczyło się niby normalnie, ale bez końca było poświęcone Monice. Gdy wychodzili na spacer z córką, czuli ciepło oczu i dobroć serca przechodzących.
W ten trudny dzień, mieszkańcy kamienicy czuli niezwykłą jedność serc, które szeptały niemym głosem "Boże, spraw cud!".
Cud się stał! Monika wróciła do zdrowia. Dzisiaj nie widać po niej, by była dzieckiem po tak ciężkiej chorobie.
Róża była świadkiem niepewności Janusza i Edyty, gdy ponownie zaszła w ciążę. Ale gdy urodził się zdrowy, wspaniały chłopiec, cieszyła się na równi z jego rodzicami. Nadali mu na imię Sebastian.
Patrząc na Nich róża wiedziała, że oni się nie tylko kochają, oni oddychali miłością, byli nią i dla niej żyli.
Zaglądając w ich okno, włożyła swój płatek pod becik Sebastiana.
V.
Mieszkanie na ostatnim piętrze zajmowała Marianna. Miała ok. 74 lata. Mimo swojego wieku, zachowała wspaniałą sylwetkę. Jej twarz była jeszcze dziś odbiciem piękna, które kiedyś w sobie nosiła. Prawie nie wychodziła z domu. Była sama. Róża nigdy nie dowiedziała się, dlaczego tak było. Ale z zawieszonych na ścianie fotografii i dyplomów wiedziała, że Marianna kiedyś była tancerką baletową. Bardzo sławną. Cały paryski świat stał u jej stóp. Często wieczorem siadała w swoim fotelu i z głębokim wzruszeniem oglądała albumy z pożółkłymi fotografiami. Potem zamykała oczy, jakby słyszała dźwięki "Jeziora łabędziego". Brała do ręki swoje baletki i przenosiła się do garderoby w pobliskim teatrze, czując, jakby za chwilę miała wyjść na scenę. Po jakimś czasie z westchnieniem wracała do rzeczywistości, tylko ten wyraz jej twarzy...
Róża czuła do niej szczególną sympatię. Wiedziała, że tak jak ona, dziś zachwyca swym pięknem i zapachem. Ale przyjdzie taki czas, że nikt nie będzie pamiętał o kwiecie w murze. Postanowiła, że w nocy obsypie ją swoimi płatkami, jak niegdyś w ludzie po przedstawieniu. Tak też zrobiła. I wtedy zobaczyła, ze został jej tylko jeden płatek.
VI.
"Ten ostatni jest dla Ciebie" - powiedziała do mnie - "To Twoje życie". Później cicho odeszła.
Delikatny powiew wiatru złożył jej płatek na moim sercu.
Jest tam do dzisiaj...
- Tomasz J. Moskal
W starej dzielnicy Paryża, o porannym brzasku, ludzie budzili się do życia. Opustoszałe ulice zapełniały się śpieszącymi do pracy. Na jednej z nich, przed starą kamienicą, stały ruiny okazałej niegdyś rezydencji. Nikomu nie przeszkadzała ich szpetota. Były świadkiem nocnych wyznań miłosnych i czynów niegodnych człowieka. Wszyscy przyzwyczaili się jednak do takiego towarzystwa. Podświadomie czuliby brak jakiejś części życia, gdyby ich tam brakło.
Na murze okalającym budynek, szeroką wstęgą rozrosły się rośliny. Ich piękno ożywiało to miejsce. Dodawało mu kolorytu.
Któregoś dnia, w ceglanej szczelinie muru, pojawiła się kolejna, malutka roślinka. Pnącza rozsunęły swoje liście, by mogła w pełni złapać światło słońca. To mała róża budziła się w tym dziwnym miejscu do życia. Nikt nie wiedział skąd tam się wzięła.
Gdy podrosła, swoimi płatkami i wonią zachwycała przechodzących. Aż dziw, że nikt jej nie zerwał, tak uroczo wyglądała. Gdy rano rozchylała swe płatki do słońca, czuła jak życie ludzi tam mieszkających, staje się jej własnym.
I.
Na parterze kamienicy, naprzeciw której rosła róża, znajdował się sklep z pieczywem, połączony z piekarnią. Gdy wszyscy układali się do snu, w niej zapalały się światła. Róża czuła zapach pieczywa, które w rękach piekarzy przybierało kształt chleba, bułek, kajzerek. Codziennie widziała piekarza, który o 6 rano otwierał swój sklep, by ludzie mogli zjeść smaczne śniadanie przed pracą. Z miłością patrzyła na jego ręce. Dla wielu były jak bochenki chleba, który wypiekał. Ona widziała w nich ręce artysty, który sprawnymi ruchami przygotowywał innym pokarm codzienny. Czuła ich aksamitny dotyk, gdy wyjmował z pieca pachnące pieczywo.
Myślała nieraz o jego rodzinie, którą musiał otaczać równie wielką miłością. Ujęta była dobrocią jego serca, gdy wielokrotnie dawał za darmo chleb potrzebującym. Bywało, że dzieci bawiące się na ulicy, otrzymywały od piekarza wieczorem bułki, by mogły cieszyć się bez przeszkód radością dzieciństwa.
Róża była pewna, że piekarz miał dobre serce. "Podaruję mu swój jeden płatek" - pomyślała. Gdy piekarz zamykał sklep, upuściła go przed nim. Przystanął, schylił się i drżącymi rękami podniósł. Spojrzał na różę i powiedział "Dziękuję". Róża czuła się szczęśliwa.
II.
Na drugim piętrze kamienicy mieszkał samotny staruszek. Miał ok. 80 lat. Był średniego wzrostu. Siwe włosy na głowie mówiły o wieku, ale też przeżytych wydarzeniach. Od innych roślin róża usłyszała jego historię.
Mieszkał z żoną w tej kamienicy od niepamiętnych czasów. Nosili imiona Piotr i Zofia. On pracował w fabryce, ona była fryzjerką. Wielokrotnie po pracy siadali na balkonie, rozkoszując się widokiem zachodzącego słońca. Byli wspaniałą parą. Jakieś 30 lat temu, po 4.00. rano, wszystkich mieszkańców zbudził głos syren karetki pogotowia ratunkowego. Przyjechali do Zofii. Zasłabła w nocy. Zabrali ją do szpitala. Po kilkudziesięciu dniach powróciła do domu. Jakże odmieniona. Nikt z mieszkańców nie mówił tego głośno, ale wszyscy wiedzieli: rak. Równało się to wyrokowi śmierci. Mimo wielu wysiłków lekarze byli bezradni.
Mieszkańcy kamienicy obserwowali z jaką godnością Piotr z Zofią czekali na ten nieunikniony moment. Ona nie mogła już pracować. Ale czekała na Piotra codziennie w domu z gorącym obiadem. Tak samo siadali na balkonie, tylko ona częściej wspierała swoją głowę na jego ramieniu. Gdy pewnego dnia brakło ich w ulubionym miejscu, całą ulicę zmroziła wielka cisza. Nawet dzieci zwykle hałasujące pod oknami, siedziały w grupach, wpatrzone w okna na I piętrze.
...
Miała piękny pogrzeb. Wszyscy mieszkańcy czuli, że musieli Ją pożegnać. Powiedzieć "dziękuję" i "do widzenia". Nad grobem Piotr drżącym głosem powiedział "Do zobaczenia, Kochanie" i rzucił tylko jeden kwiat: czerwoną różę. Jakże róża chciałaby tam być. "Ale wtedy mnie jeszcze tu nie było" - pomyślała.
Gdy usłyszała tą historię, zrozumiała dlaczego Piotr codziennie siadał na balkonie i wpatrywał się z uwagą w zachodzące słońce, jakby chciał tam coś dostrzec. Każdego przedpołudnia wychodził też do kwiaciarni, by kupić jedną różę i kierował się na cmentarz. Siadał na ławce i godzinami mówił żonie o miłości do Niej. W melodyjnej woni kwiatów, róża słyszała jak Piotr żegnał swoją Zofię: "Kocham Cię mocniej niż wczoraj i o wiele za mało, niż będę kochał cię jutro. Do zobaczenia, Kochanie". I ciepłe łzy płynęły po jego pięknie pooranej zmarszczkami twarzy.
Róża oderwała swój płatek i chwyciła w niego łzę Piotra. Była dla niej najpiękniejszym wymiarem miłości.
III.
Tej nocy w Paryżu wiał mocny wiatr. Porwał róży kilka płatków. "To dla nieznajomych" - pomyślała.
IV.
Na III piętrze mieszkało młode małżeństwo z dziećmi. Janusz i Edyta byli wspaniałą parą. Doskonale się rozumieli. Ich starsza córka Monika była wierną kopią tatusia. Starała się, jak na swoje lata, pomagać rodzicom w opiece nad malutkim braciszkiem Sebastianem. Róża znała jej historię.
Janusz otrzymał to mieszkanie od rodziców. Podczas imienin kolegi poznał Edytę. Studiowała wtedy pedagogikę. Później był wspólny Sylwester i tak się potoczyło. Dzielnie wspomagał ją w czasie sesji egzaminacyjnej, dzieląc czas na pracę i dla ukochanej. Długie godziny spędzali rozmawiając ze sobą i ciągle brakowało im czasu, tak wiele chcieli sobie powiedzieć.
Ich ślub był wielkim świętem całej ulicy. Edyta w białej sukni wyglądała niczym królewna, ale gdy stanęli razem, byli najpiękniejszą parą świata. Do kościoła pojechali w samochodzie z lat 30-tych XX wieku.
Wszyscy mieszkańcy kamienicy pomagali Edycie wprowadzić się do Janusza. Była chodząca radością. Zarażała swoim optymizmem.
W rok po ślubie zaszła w ciążę. Sąsiedzi z radością oczekiwali nowego mieszkańca. Gdy Janusz zadzwonił ze szpitala, że ma córkę - Monikę - w pobliskim barze radość nie miała końca. Wielu z tego powodu miało kłopoty z powrotem do domu.
Po kilku dniach przyszła wiadomość, że Monika ma chore serce. Jakiś otwór w sercu się nie zamknął czy coś w tym rodzaju. "To niesprawiedliwe, Panie Boże", "Dlaczego właśnie Oni", "W czym zawiniło to dzieciątko" - pytali sąsiedzi, patrząc na siebie pytającymi oczami.
W niedzielę ksiądz w kościele ogłosił, że jutro Monika przejdzie skomplikowaną operację i że wieczorem o 19.00 będzie odprawiał Mszę Świętą w jej intencji.
Tylu osób jeszcze nie było w świątyni. Poszedł nawet stary, niewierzący (jak mówił) Mateusz, który od wojny miał pretensje do Boga, że zabrał mu całą rodzinę. I nikt nie wstydził się wylewanych łez. Po mszy nikomu nie śpieszyło się do domu. Gdy już wyszli z kościoła, nikt nic nie mówił. Cisza mówiła.
...
Operacja się udała! Ale Monika długi czas dochodziła do siebie. Janusz i Edyta wiedzieli, ze ich córeczkę czeka jeszcze jeden zabieg. Radość z udanej operacji łączyła się z niepewnością jutra. Ich życie toczyło się niby normalnie, ale bez końca było poświęcone Monice. Gdy wychodzili na spacer z córką, czuli ciepło oczu i dobroć serca przechodzących.
W ten trudny dzień, mieszkańcy kamienicy czuli niezwykłą jedność serc, które szeptały niemym głosem "Boże, spraw cud!".
Cud się stał! Monika wróciła do zdrowia. Dzisiaj nie widać po niej, by była dzieckiem po tak ciężkiej chorobie.
Róża była świadkiem niepewności Janusza i Edyty, gdy ponownie zaszła w ciążę. Ale gdy urodził się zdrowy, wspaniały chłopiec, cieszyła się na równi z jego rodzicami. Nadali mu na imię Sebastian.
Patrząc na Nich róża wiedziała, że oni się nie tylko kochają, oni oddychali miłością, byli nią i dla niej żyli.
Zaglądając w ich okno, włożyła swój płatek pod becik Sebastiana.
V.
Mieszkanie na ostatnim piętrze zajmowała Marianna. Miała ok. 74 lata. Mimo swojego wieku, zachowała wspaniałą sylwetkę. Jej twarz była jeszcze dziś odbiciem piękna, które kiedyś w sobie nosiła. Prawie nie wychodziła z domu. Była sama. Róża nigdy nie dowiedziała się, dlaczego tak było. Ale z zawieszonych na ścianie fotografii i dyplomów wiedziała, że Marianna kiedyś była tancerką baletową. Bardzo sławną. Cały paryski świat stał u jej stóp. Często wieczorem siadała w swoim fotelu i z głębokim wzruszeniem oglądała albumy z pożółkłymi fotografiami. Potem zamykała oczy, jakby słyszała dźwięki "Jeziora łabędziego". Brała do ręki swoje baletki i przenosiła się do garderoby w pobliskim teatrze, czując, jakby za chwilę miała wyjść na scenę. Po jakimś czasie z westchnieniem wracała do rzeczywistości, tylko ten wyraz jej twarzy...
Róża czuła do niej szczególną sympatię. Wiedziała, że tak jak ona, dziś zachwyca swym pięknem i zapachem. Ale przyjdzie taki czas, że nikt nie będzie pamiętał o kwiecie w murze. Postanowiła, że w nocy obsypie ją swoimi płatkami, jak niegdyś w ludzie po przedstawieniu. Tak też zrobiła. I wtedy zobaczyła, ze został jej tylko jeden płatek.
VI.
"Ten ostatni jest dla Ciebie" - powiedziała do mnie - "To Twoje życie". Później cicho odeszła.
Delikatny powiew wiatru złożył jej płatek na moim sercu.
Jest tam do dzisiaj...
- Tomasz J. Moskal
38810 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:36, punktów: 0
Jeden, jedyny, różowy krokus.
Był jesienny ranek. Niedawno przeprowadziliśmy się z mężem do naszego pierwszego własnego domu. Dzieci rozpakowywały się na piętrze, a ja patrzyłam przez okno na trawnik. Zastanawiałam się, co też robi tam mój tata. Rodzice mieszkali niedaleko i już nieraz nas odwiedzali.
- Co ty tam kombinujesz? - zawołałam. Spojrzał do góry i się uśmiechnął.
- To niespodzianka. Dla ciebie.
Znając tatę, wiedziałam, że można wszystkiego się spodziewać. Umiał zrobić coś z niczego.
Kiedy byliśmy mali, zbudował dla nas dżunglę do ćwiczeń z różnych kół i bloczków połączonych linami. Na jedno z moich przyjęć w święto Halloween zmajstrował elektryczną dynię na kiju od szczotki.
Kiedy goście zbliżali się do naszych drzwi, włączał urządzenie i z krzaków wyskakiwała na nich świecąca dynia.
Tego dnia tata nie chciał przede mną uchylić rąbka tajemnicy, natomiast ja, zajęta urządzaniem się na nowym miejscu, zupełnie zapomniałam o jego niespodziance.
Aż do marca. Spojrzałam wtedy przez okno. Szaro. Smutno. Ponuro. Na trawniku przed domem resztki brudnego śniegu.
Czy ta zima nigdy już się nie skończy? I nagle... odniosłam wrażenie, że coś różowego przebija się przez zmarzniętą ziemię. Czy to jakiś dar niebios, malutka szczypta optymizmu pośród tej szarugi? Złapałam palto i pognałam przed dom Zobaczyłam krokusy, przemyślnie posadzone na trawniku przed domem. Liliowe, niebieskie, żółte i moje ulubione - różowe - maleńkie kwiatki smagane zimnym wiatrem.
Tata. Uśmiechnęłam się na wspomnienie, jak to w tajemnicy sadził cebulki jesienią. Wiedział, jak bardzo przygnębia mnie zimowa ciemność i słota.
Czy mógł mi sprawić większą niespodziankę? Szczęściara ze mnie - i nie chodziło tylko o kwiaty, ale przede wszystkim o to, że mam takiego ojca. Krokusy taty zakwitały co wiosnę przez następnych kilka lat. Za każdym razem dodawały mi otuchy: Będzie lepiej, trzymaj się, niedługo zaświeci słońce.
Potem nadeszła wiosna, kiedy tylko połowa kwiatów zakwitła. W następnym roku krokusów już nie było.
Tęskniłam za nimi, ale marna ze mnie ogrodniczka. Miałam zamiar poprosić tatę, żeby posadził mi nowe. Ale jakoś się nie złożyło.
Umarł nagle w październiku. Cała rodzina rozpaczała. Wiara dodawała nam sił, żeby to jakoś przetrwać. Strasznie mi taty brakowało, choć wiedziałam, że - zawsze będzie z nami.
Pewnego posępnego popołudnia na wiosnę ogarnął mnie straszny smutek. To przez tę zimę - pomyślałam. Tak jest roku co roku. Chemia. Jednak chyba nie tylko. Tego dnia przypadały urodziny taty i znowu o nim myślałam.
Nic takiego, mówiliśmy o nim często. Żył w zgodzie ze swoją wiarą. Widziałam, jak kiedyś zdjął z siebie drogi płaszcz i oddał go bezdomnemu.
Często wdawał się w pogawędkę z przypadkowymi przechodniami. Jeśli tylko zorientował się, że są biedni i głodni, zapraszał ich do domu i częstował jedzeniem.
Ale tego dnia jadąc samochodem nie mogłam przestać się zastanawiać, jak też mu się teraz powodzi. Jak się czuje? Gdzie jest? Czy niebo istnieje naprawdę?
Miałam wyrzuty sumienia przez te wątpliwości. Czasem tak trudno jest po prostu wierzyć, dumałam podjeżdżając pod dom.
Nagle zahamowałam, jak zaczarowana patrząc na trawnik. Błoto, zmarznięte kępki trawy i szare kupki topniejącego śniegu.
I pośród tego dzielny, niepoddający się wiatrom, jeden jedyny różowy krokus. Jak z cebulki, która ma ponad 18 lat, po tak długiej przerwie może wyrosnąć kwiat? Ale krokus był prawdziwy. Oczy zaszły mi łzami, kiedy dotarło do mnie, co to znaczy. Trzymaj się, nie poddawaj się, już wkrótce znów zaświeci słońce. Maleńki różowy krokus kwitł tylko przez jeden dzień. Ale dał mi wiarę na całe życie.
- Joan Anderson
Był jesienny ranek. Niedawno przeprowadziliśmy się z mężem do naszego pierwszego własnego domu. Dzieci rozpakowywały się na piętrze, a ja patrzyłam przez okno na trawnik. Zastanawiałam się, co też robi tam mój tata. Rodzice mieszkali niedaleko i już nieraz nas odwiedzali.
- Co ty tam kombinujesz? - zawołałam. Spojrzał do góry i się uśmiechnął.
- To niespodzianka. Dla ciebie.
Znając tatę, wiedziałam, że można wszystkiego się spodziewać. Umiał zrobić coś z niczego.
Kiedy byliśmy mali, zbudował dla nas dżunglę do ćwiczeń z różnych kół i bloczków połączonych linami. Na jedno z moich przyjęć w święto Halloween zmajstrował elektryczną dynię na kiju od szczotki.
Kiedy goście zbliżali się do naszych drzwi, włączał urządzenie i z krzaków wyskakiwała na nich świecąca dynia.
Tego dnia tata nie chciał przede mną uchylić rąbka tajemnicy, natomiast ja, zajęta urządzaniem się na nowym miejscu, zupełnie zapomniałam o jego niespodziance.
Aż do marca. Spojrzałam wtedy przez okno. Szaro. Smutno. Ponuro. Na trawniku przed domem resztki brudnego śniegu.
Czy ta zima nigdy już się nie skończy? I nagle... odniosłam wrażenie, że coś różowego przebija się przez zmarzniętą ziemię. Czy to jakiś dar niebios, malutka szczypta optymizmu pośród tej szarugi? Złapałam palto i pognałam przed dom Zobaczyłam krokusy, przemyślnie posadzone na trawniku przed domem. Liliowe, niebieskie, żółte i moje ulubione - różowe - maleńkie kwiatki smagane zimnym wiatrem.
Tata. Uśmiechnęłam się na wspomnienie, jak to w tajemnicy sadził cebulki jesienią. Wiedział, jak bardzo przygnębia mnie zimowa ciemność i słota.
Czy mógł mi sprawić większą niespodziankę? Szczęściara ze mnie - i nie chodziło tylko o kwiaty, ale przede wszystkim o to, że mam takiego ojca. Krokusy taty zakwitały co wiosnę przez następnych kilka lat. Za każdym razem dodawały mi otuchy: Będzie lepiej, trzymaj się, niedługo zaświeci słońce.
Potem nadeszła wiosna, kiedy tylko połowa kwiatów zakwitła. W następnym roku krokusów już nie było.
Tęskniłam za nimi, ale marna ze mnie ogrodniczka. Miałam zamiar poprosić tatę, żeby posadził mi nowe. Ale jakoś się nie złożyło.
Umarł nagle w październiku. Cała rodzina rozpaczała. Wiara dodawała nam sił, żeby to jakoś przetrwać. Strasznie mi taty brakowało, choć wiedziałam, że - zawsze będzie z nami.
Pewnego posępnego popołudnia na wiosnę ogarnął mnie straszny smutek. To przez tę zimę - pomyślałam. Tak jest roku co roku. Chemia. Jednak chyba nie tylko. Tego dnia przypadały urodziny taty i znowu o nim myślałam.
Nic takiego, mówiliśmy o nim często. Żył w zgodzie ze swoją wiarą. Widziałam, jak kiedyś zdjął z siebie drogi płaszcz i oddał go bezdomnemu.
Często wdawał się w pogawędkę z przypadkowymi przechodniami. Jeśli tylko zorientował się, że są biedni i głodni, zapraszał ich do domu i częstował jedzeniem.
Ale tego dnia jadąc samochodem nie mogłam przestać się zastanawiać, jak też mu się teraz powodzi. Jak się czuje? Gdzie jest? Czy niebo istnieje naprawdę?
Miałam wyrzuty sumienia przez te wątpliwości. Czasem tak trudno jest po prostu wierzyć, dumałam podjeżdżając pod dom.
Nagle zahamowałam, jak zaczarowana patrząc na trawnik. Błoto, zmarznięte kępki trawy i szare kupki topniejącego śniegu.
I pośród tego dzielny, niepoddający się wiatrom, jeden jedyny różowy krokus. Jak z cebulki, która ma ponad 18 lat, po tak długiej przerwie może wyrosnąć kwiat? Ale krokus był prawdziwy. Oczy zaszły mi łzami, kiedy dotarło do mnie, co to znaczy. Trzymaj się, nie poddawaj się, już wkrótce znów zaświeci słońce. Maleńki różowy krokus kwitł tylko przez jeden dzień. Ale dał mi wiarę na całe życie.
- Joan Anderson
38809 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:34, punktów: 0
O Tobie mówi bajka
Mędrcy starożytni chytrze obmyślili, w jaki sposób można by ludziom mówić prawdę prosto w oczy nie robiąc tego w sposób grubiański. Pokazywali im dziwne lustro, w którym ukazywały się różnego rodzaju zwierzęta i dziwaczne przedmioty.
Był to widok zarówno ciekawy, jak budujący. Nazwali to "bajką". I zależnie od tego, czy zwierzęta zachowywały się głupio, czy też mądrze, ludzie musieli patrząc na nie myśleć przy tym: "To o tobie mówi bajka." W ten sposób nikt się nie mógł obrazić.
Weźmy więc taki przykład: Były dwie wysokie góry, a na samym szczycie każdej z nich stał zamek. W dolinie biegł pies obwąchując ziemię, tak jakby szukał myszy lub przepiórek, chciał zaspokoić głód.
Nagle z jednego zamku zatrąbiono obwieszczając, że czas zasiąść do stołu.
Pies pobiegł natychmiast na górę, aby przy tej okazji się najeść, lecz gdy był już w połowie drogi, przestano trąbić, a z drugiego zamku rozległ się głos trąbki.
Wtedy pies pomyślał: "Zanim przybiegnę, skończą już jeść, a tam się dopiero teraz zaczyna". Zbiegł więc na dół i zaczął się wspinać na drugą górę. Wtedy jednak druga trąbka przestała trąbić, a odezwała się ta pierwsza. Pies znów pobiegł w dół, a potem pod górę i tak biegał tam i z powrotem,
aż wreszcie ucichły obie trąbki i zakończono posiłek w obu miejscach.
Teraz zgadnij - co starożytni mędrcy mieli na myśli układając tę bajkę i kto jest tym głupcem, który biega aż do zmęczenia, ani tu, ani tam nic nie uzyskawszy.
- Hans Christian Andersen
Mędrcy starożytni chytrze obmyślili, w jaki sposób można by ludziom mówić prawdę prosto w oczy nie robiąc tego w sposób grubiański. Pokazywali im dziwne lustro, w którym ukazywały się różnego rodzaju zwierzęta i dziwaczne przedmioty.
Był to widok zarówno ciekawy, jak budujący. Nazwali to "bajką". I zależnie od tego, czy zwierzęta zachowywały się głupio, czy też mądrze, ludzie musieli patrząc na nie myśleć przy tym: "To o tobie mówi bajka." W ten sposób nikt się nie mógł obrazić.
Weźmy więc taki przykład: Były dwie wysokie góry, a na samym szczycie każdej z nich stał zamek. W dolinie biegł pies obwąchując ziemię, tak jakby szukał myszy lub przepiórek, chciał zaspokoić głód.
Nagle z jednego zamku zatrąbiono obwieszczając, że czas zasiąść do stołu.
Pies pobiegł natychmiast na górę, aby przy tej okazji się najeść, lecz gdy był już w połowie drogi, przestano trąbić, a z drugiego zamku rozległ się głos trąbki.
Wtedy pies pomyślał: "Zanim przybiegnę, skończą już jeść, a tam się dopiero teraz zaczyna". Zbiegł więc na dół i zaczął się wspinać na drugą górę. Wtedy jednak druga trąbka przestała trąbić, a odezwała się ta pierwsza. Pies znów pobiegł w dół, a potem pod górę i tak biegał tam i z powrotem,
aż wreszcie ucichły obie trąbki i zakończono posiłek w obu miejscach.
Teraz zgadnij - co starożytni mędrcy mieli na myśli układając tę bajkę i kto jest tym głupcem, który biega aż do zmęczenia, ani tu, ani tam nic nie uzyskawszy.
- Hans Christian Andersen
38808 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 17:29, punktów: 0
Wewnętrzne piękno.
Gdy w pewien słoneczny ranek szłyśmy wraz z moją dwuletnią córeczką Lisą w stronę domu, podeszły do nas dwie starsze panie.
- Czy wiesz, że jesteś piękną małą dziewczynką? -powiedziała jedna z nich, uśmiechając się do Lisy. Moja córka westchnęła i oparła rączkę na biodrze.
- Tak, wiem - odpowiedziała znudzonym głosem.
Przeprosiłam obie panie, zawstydzona trochę próżnością Lisy, i poszłyśmy dalej. Całą drogę zastanawiałam się, jak powinnam była zachować się w tej sytuacji.
-Liso - powiedziałam łagodnie, gdy dotarłyśmy do domu. - Te dwie starsze panie mówiły o pięknie, które masz w sobie. To prawda, że masz ładniutką buzię, bo taką stworzył cię Bóg.
Ale każdy musi być piękny również w środku.
Lisa spojrzała na mnie, nic nie rozumiejąc, więc mówiłam dalej.
- Czy chcesz wiedzieć, na czym to polega? Skinęła poważnie głową.
- Dobrze. Tylko od ciebie, skarbie, zależy, czy będziesz piękna wewnętrznie.
Do ciebie należy wybór, czy będziesz dobra dla rodziców, brata i dzieci, z którymi się bawisz.
Musisz troszczyć się o innych ludzi, kochanie. Musisz dzielić się zabawkami ze swoimi koleżankami.
Musisz pomagać temu, komu jest źle, kto ma kłopoty albo potrzebuje przyjaciela. Gdy robisz te wszystkie rzeczy, jesteś piękna wewnętrznie.
Rozumiesz, o czym mówię?
-Tak, mamusiu. Przepraszam, ale nie wiedziałam o tym.
Trzymając ją w ramionach, powiedziałam, że ją kocham i żeby nigdy nie zapomniała o tym, co przed chwila usłyszała. Nigdy więcej nie rozmawiałyśmy już na ten temat.
Prawie dwa lata później przeprowadziliśmy się na wieś i zapisaliśmy Lisę do przedszkola. W jej grupie była dziewczynka, której mama umarła.
Ojciec Jeanny ożenił się po raz drugi z ciepłą i spontaniczną kobietą. Od razu można było zauważyć, że między nią a Jeanna panują wspaniałe, pełne miłości stosunki.
Pewnego dnia Lisa zapytała, czy Jeanna może przyjść do niej po południu. Umówiłam się więc z jej macochą, że następnego dnia zabiorę obie dziewczynki do domu.
Gdy nazajutrz wyjeżdżałyśmy z parkingu, Jeanna zapytała, czy może pójść odwiedzić swoją mamę.
Wiedziałam, że jej macocha pracuje, więc odpowiedziałam wesoło:
- Oczywiście, ale czy jesteś pewna, że chcesz tam iść?
Jeanna skinęła głową, że chce, więc ruszyłam, a ona wskazywała mi drogę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jedziemy na cmentarz.
Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, to awantura, którą zrobią mi rodzice Jeanny, gdy dowiedzą się, co zaszło.
Wiedziałam, jednak, jak ważne jest dla niej to, by odwiedzić grób matki; potrzebowała tego i wierzyła, że ją tam zabiorę. Moja odmowa świadczyłaby o tym, że robi coś złego.
- Jeanna, czy wiesz, gdzie jest grób twojej mamy? -zapytałam cicho.
-Wiem, gdzie jest to miejsce - odparła.
Zaparkowałam tam, gdzie mi wskazała, a potem zaczęłyśmy rozglądać się dookoła. W końcu dostrzegłam tabliczkę z nazwiskiem matki Jeanny.
Dwie małe dziewczyki usiadły obok siebie po jednej stronie grobu, a ja przycupnęłam po drugiej.
Potem Jeanna zaczęła opowiadać, jak było w jej domu, zanim mama umarła, i o tym, co zdarzyło się w dzień jej śmierci. Jeanna mówiła, a Lisa z twarzą mokrą od łez obejmowała ją czule i głaskała.
- Och, Jeanna - mówiła co chwilę. - Tak mi przykro. Tak mi przykro, że twoja mama umarła. W końcu Jeanna spojrzała na mnie i powiedziała:
-Wie pani, ciągle kocham moją mamę i nową mamę też kocham.
Głęboko w sercu poczułam, że to właśnie jest powód, dla którego tutaj przyszłyśmy.
-Wiesz, Jeanna - powiedziałam, uśmiechając się uspokajająco. - Tak właśnie jest z miłością.
Nie musisz zabierać jej jednej osobie, by dać ją następnej.
Jest jej wokół zawsze tak dużo, że można się nią dzielić.
Miłość jest jak ogromna gumowa taśma, która rozciąga się, opasując wszystkich ludzi, których kochasz. To wspaniałe, że kochasz obie mamusie. Jestem pewna, że twoja prawdziwa mama cieszy się, że masz drugą mamę, która cię kocha i troszczy się o ciebie i twoje siostry.
Jeanna uśmiechnęła się, najwyraźniej zadowolona z tego, co usłyszała.
Siedziałyśmy jeszcze przez chwilę w milczeniu, a potem pojechałyśmy do domu.
Dziewczynki bawiły się wesoło, dopóki po Jeannę nie przyjechała jej macocha.
Opowiedziałam jej krótko o tym, co zdarzyło się po południu i dlaczego tak postąpiłam. Ku mojej wielkiej uldze, zrozumiała to i podziękowała mi.
Gdy wyszły, podniosłam Lisę, posadziłam ją na krześle i pocałowałam w policzek.
- Lisa, jestem z ciebie dumna - powiedziałam. - Byłaś dzisiaj dla Jeanny wspaniałą przyjaciółką. Wiem, że twoje zrozumienie i smutek, który razem z nią przeżywałaś, miały dla niej wielkie znaczenie.
Śliczne brązowe oczy spojrzały z powagą w moje własne, a Lisa zapytała:
- Mamusiu, czy byłam piękna wewnętrznie?
- Pamela J. deRoy
Tłumaczenie - M.P. Hermanowscy
Gdy w pewien słoneczny ranek szłyśmy wraz z moją dwuletnią córeczką Lisą w stronę domu, podeszły do nas dwie starsze panie.
- Czy wiesz, że jesteś piękną małą dziewczynką? -powiedziała jedna z nich, uśmiechając się do Lisy. Moja córka westchnęła i oparła rączkę na biodrze.
- Tak, wiem - odpowiedziała znudzonym głosem.
Przeprosiłam obie panie, zawstydzona trochę próżnością Lisy, i poszłyśmy dalej. Całą drogę zastanawiałam się, jak powinnam była zachować się w tej sytuacji.
-Liso - powiedziałam łagodnie, gdy dotarłyśmy do domu. - Te dwie starsze panie mówiły o pięknie, które masz w sobie. To prawda, że masz ładniutką buzię, bo taką stworzył cię Bóg.
Ale każdy musi być piękny również w środku.
Lisa spojrzała na mnie, nic nie rozumiejąc, więc mówiłam dalej.
- Czy chcesz wiedzieć, na czym to polega? Skinęła poważnie głową.
- Dobrze. Tylko od ciebie, skarbie, zależy, czy będziesz piękna wewnętrznie.
Do ciebie należy wybór, czy będziesz dobra dla rodziców, brata i dzieci, z którymi się bawisz.
Musisz troszczyć się o innych ludzi, kochanie. Musisz dzielić się zabawkami ze swoimi koleżankami.
Musisz pomagać temu, komu jest źle, kto ma kłopoty albo potrzebuje przyjaciela. Gdy robisz te wszystkie rzeczy, jesteś piękna wewnętrznie.
Rozumiesz, o czym mówię?
-Tak, mamusiu. Przepraszam, ale nie wiedziałam o tym.
Trzymając ją w ramionach, powiedziałam, że ją kocham i żeby nigdy nie zapomniała o tym, co przed chwila usłyszała. Nigdy więcej nie rozmawiałyśmy już na ten temat.
Prawie dwa lata później przeprowadziliśmy się na wieś i zapisaliśmy Lisę do przedszkola. W jej grupie była dziewczynka, której mama umarła.
Ojciec Jeanny ożenił się po raz drugi z ciepłą i spontaniczną kobietą. Od razu można było zauważyć, że między nią a Jeanna panują wspaniałe, pełne miłości stosunki.
Pewnego dnia Lisa zapytała, czy Jeanna może przyjść do niej po południu. Umówiłam się więc z jej macochą, że następnego dnia zabiorę obie dziewczynki do domu.
Gdy nazajutrz wyjeżdżałyśmy z parkingu, Jeanna zapytała, czy może pójść odwiedzić swoją mamę.
Wiedziałam, że jej macocha pracuje, więc odpowiedziałam wesoło:
- Oczywiście, ale czy jesteś pewna, że chcesz tam iść?
Jeanna skinęła głową, że chce, więc ruszyłam, a ona wskazywała mi drogę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jedziemy na cmentarz.
Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, to awantura, którą zrobią mi rodzice Jeanny, gdy dowiedzą się, co zaszło.
Wiedziałam, jednak, jak ważne jest dla niej to, by odwiedzić grób matki; potrzebowała tego i wierzyła, że ją tam zabiorę. Moja odmowa świadczyłaby o tym, że robi coś złego.
- Jeanna, czy wiesz, gdzie jest grób twojej mamy? -zapytałam cicho.
-Wiem, gdzie jest to miejsce - odparła.
Zaparkowałam tam, gdzie mi wskazała, a potem zaczęłyśmy rozglądać się dookoła. W końcu dostrzegłam tabliczkę z nazwiskiem matki Jeanny.
Dwie małe dziewczyki usiadły obok siebie po jednej stronie grobu, a ja przycupnęłam po drugiej.
Potem Jeanna zaczęła opowiadać, jak było w jej domu, zanim mama umarła, i o tym, co zdarzyło się w dzień jej śmierci. Jeanna mówiła, a Lisa z twarzą mokrą od łez obejmowała ją czule i głaskała.
- Och, Jeanna - mówiła co chwilę. - Tak mi przykro. Tak mi przykro, że twoja mama umarła. W końcu Jeanna spojrzała na mnie i powiedziała:
-Wie pani, ciągle kocham moją mamę i nową mamę też kocham.
Głęboko w sercu poczułam, że to właśnie jest powód, dla którego tutaj przyszłyśmy.
-Wiesz, Jeanna - powiedziałam, uśmiechając się uspokajająco. - Tak właśnie jest z miłością.
Nie musisz zabierać jej jednej osobie, by dać ją następnej.
Jest jej wokół zawsze tak dużo, że można się nią dzielić.
Miłość jest jak ogromna gumowa taśma, która rozciąga się, opasując wszystkich ludzi, których kochasz. To wspaniałe, że kochasz obie mamusie. Jestem pewna, że twoja prawdziwa mama cieszy się, że masz drugą mamę, która cię kocha i troszczy się o ciebie i twoje siostry.
Jeanna uśmiechnęła się, najwyraźniej zadowolona z tego, co usłyszała.
Siedziałyśmy jeszcze przez chwilę w milczeniu, a potem pojechałyśmy do domu.
Dziewczynki bawiły się wesoło, dopóki po Jeannę nie przyjechała jej macocha.
Opowiedziałam jej krótko o tym, co zdarzyło się po południu i dlaczego tak postąpiłam. Ku mojej wielkiej uldze, zrozumiała to i podziękowała mi.
Gdy wyszły, podniosłam Lisę, posadziłam ją na krześle i pocałowałam w policzek.
- Lisa, jestem z ciebie dumna - powiedziałam. - Byłaś dzisiaj dla Jeanny wspaniałą przyjaciółką. Wiem, że twoje zrozumienie i smutek, który razem z nią przeżywałaś, miały dla niej wielkie znaczenie.
Śliczne brązowe oczy spojrzały z powagą w moje własne, a Lisa zapytała:
- Mamusiu, czy byłam piękna wewnętrznie?
- Pamela J. deRoy
Tłumaczenie - M.P. Hermanowscy
38805 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 15:21, punktów: 0
Na to trzeba mieć 50 lat.
Dzwoni budzik. Po kiego licha go nastawiłam? - myślę zaspana. Czy to nie niedziela? I wtedy nagle dociera do mnie, że dziś mam urodziny. 50. Wielkie przyjęcie. Dom pełen ludzi. Wstawaj! Pięćdziesięciolatko. Powtarzam to słowo kilka razy, by się z nim oswoić. Idę do łazienki i spoglądam w lustro. Znajoma twarz patrzy na mnie wesoło. Przez noc nie posiwiałam, zmarszczek też nie przybyło.
Nagle drzwi łazienki się otwierają i ktoś mnie obejmuje.
- Wszystkiego najlepszego, mamo - mówi moja młodsza, 22-letnia córka.
Po chwili czuję następny uścisk. To moja 24-latka.
- A ja? Ja też chcę! - dopomina się mój mąż.
Przygląda mi się i głaszcze mnie po policzku.
- Masz wciąż delikatną skórę.
- Pospieszmy się - przerywam te czułości, bo wiem, że od 11 rano do 11 wieczór odwiedzi nas masa gości.
Mąż nieźle się natrudził, by przekonać mnie do hucznych obchodów. Całe życie nie znosiłam uczucia, że staję się o rok starsza. Byłam zmartwiona już kiedy skończyłam 11 lat, 16-latką miałam ochotę być ze trzy lata, 30-latką pięć, a wiek 45 lat chciałam zachować przynajmniej przez dekadę. Im dalej tym gorzej.
Pierwsze siwe włosy dostrzegłam u siebie w wieku 35 lat. Spanikowana stałam przed lustrem, uważnie przyglądając się skroniom. Tak zastała mnie starsza córka.
- Coś się stało? - spytała zaniepokojona moją zbolałą miną.
- Mam pierwsze siwe włosy - powiedziałam z rozpaczą.
- Powinnaś je sobie schować!
Właściwie miała rację. W końcu chowałam na pamiątkę różne rzeczy związane z nowymi etapami życia moich córek.
Potem wszystko wróciło do normy. Do momentu kiedy skończyłam 40 lat. Było nawet całkiem dobrze. Dopiero co wysiadłam z ekspresu, który wiózł mnie jak szalony przez ostatnie 10 lat. Nie miałam specjalnie okazji wyjrzeć przez okno i rozejrzeć się dookoła.
Pomiędzy 30. a 40. wszystko działo się jednocześnie - nauka życia w małżeństwie, zdobywanie pozycji zawodowej, wychowywanie dzieci. Tonąc po uszy w obowiązkach, nie ma się pojęcia, dokąd to wszystko zaprowadzi.
Kiedy więc skończyłam 40 lat, miło było spojrzeć wstecz i pomyśleć o osiągnięciach. Córki wydoroślały i nie potrzebowały już stałej uwagi rodziców. W tym czasie upływ lat ma tylko dobre strony - człowiek znajduje własny styl, jest bardziej dojrzały i pewny siebie.
Jednak zbliżając się do 50. wylatuje się z bezpiecznego, ciepłego kokonu. Nagle słyszy się o swoim "wieku" częściej niż by się chciało, a koleżanki chwalą "świetnie się trzymasz". W skrzynce pocztowej też znajdzie się coś miłego: zachęta do zbadania piersi, bo jest "pani w wieku"... Albo prospekt kursów komputerowych "specjalnie dla ludzi po 50."
Kiedyś pojechałam z córką na 3 dni do Londynu. Plany miałyśmy ogromne, bo ona nigdy tam nie była. Pierwszego dnia wróciłyśmy wieczorem do hotelu z mocnym postanowieniem zostawienia zakupów i ruszenia dalej. Jednak moje nogi powiedziały "nie", były jak z ołowiu. Spojrzałam z utęsknieniem na łóżko i pomyślałam, że naprawdę mam już swoje lata.
- Czy naprawdę musimy jeszcze wychodzić? - spytała córka, kładąc się na łóżku. - Pooglądajmy po prostu telewizję. Padam na nos.
Najwyraźniej nie wszystko można zwalać na wiek.
Oczywiście zdarza mi się zapomnieć jakiegoś nazwiska. Wędrując po górach muszę czasem przystanąć, by złapać dech. Około 1 w nocy lubię ulotnić się z przyjęcia, a niektóre rzeczy - na przykład krążenie po Internecie - nie idą mi jak z płatka. Mąż śmieje się, że braki w pamięci wyjdą mnie i rodzinie na dobre, a z komputerem i młodzi miewają kłopoty.
Podczas rozmowy ze swoim po przednim wydawcą - dziś panem dobrze po 80. - odkryłam, że wiek to sprawa względna. To u niego zaczynałam jako młodziutka dziennikarka.
Kiedy ze wstrętem przyznałam, że niedługo skończę 50 lat, uśmiał się serdecznie. Potem zaciągnął się cygarem, wypił łyczek koniaku.
- 50 lat! Teraz dopiero zaczyna się życie! Jesteś w kwiecie wieku!
Dowodził, że ludzie po 50. mają w sobie coś, czego młodsi nie mają. Wewnętrzny kompas, na którym mogą polegać. Pozwala im trafniej oceniać sytuacje i szansę, jaśniej formułować stawiane sobie cele, lepiej gospodarować siłami.
Skończyłam 50 lat. Dopiero teraz rozumiem, ile się dokonało przez ostatnie 10 lat. Osiągnęliśmy w zawodzie to, na czym nam zależało, a dzieci dorosły i są na studiach. Opuściły gniazdo, zostawiając na pamiątkę swe pokoiki. Poranki są ciche, bez głośnej muzyki dochodzącej z ich dwóch pokoi, a my z mężem mamy wieczory dla siebie.
Kryzys wieku średniego, który towarzyszy tym przemianom, nie zaszkodzi większości moich rówieśników. Może dlatego, że mamy inne możliwości i oczekiwania niż nasi rodzice. Ostatnio rozmawiałam z manią o okresie, kiedy rodziła się moja pierwsza córka. Mama miała 48 lat, ale patrząc na fotografię, trudno uwierzyć, że jest na niej młodsza niż ja teraz.
- Wyglądam dużo starzej od ciebie - stwierdziła.
Rzeczywiście. Moje pokolenie wygląda przynajmniej o 10 lat młodziej niż nasi rodzice w naszym wieku. Mieliśmy szansę zainwestować więcej w swój rozwój fizyczny i emocjonalny. Mama dorastała w czasach II wojny światowej, nie dojadała, a pojęcie zdrowego trybu życia w czasach jej młodości właściwie nie istniało.
Nasi rodzice dostali od losu więcej czasu niż mogli się spodziewać, ale nie mieli jak przygotować się do tej fazy życia. My mamy taką szansę. 50 lat to idealny wiek, aby zastanowić się nad tym, jak żyjemy.
Szczególnie w ostatnich latach zaczęłam zdawać sobie sprawę, że wszystkie siły, inwencję i czas poświęcam pracy, małżeństwu i dzieciom. To typowe dla tego okresu życia. Przysłowie mówi: "Przez pierwsze 40 lat życia buduje się dom zewnętrzny, przez drugie - wewnętrzny".
Każdy, kto lubi i chce stawiać sobie nowe wyzwania łatwo odkryje, że życie zaczyna się po 50. To czas, by zaprzyjaźnić się z życiem. Zrealizować dawne marzenia, kupić motocykl czy studiować egiptologię.
Ja wybrałam pisanie książek.
Na swoje urodzinowe przyjęcie zaprosiłam tylko tych, którzy naprawdę znaczyli coś w moim życiu. Niektórych nie widziałam od lat, ale prawdziwa przyjaźń wytrzymuje próbę czasu. Dziś zdaję sobie z tego dobrze sprawę.
- Masz urocze córki - woła do mnie ktoś z tłumu, który coraz gęściej wypełnia mój dom. - Kiedy je ostatnio widziałem, były o połowę mniejsze.
Wspomnienia. Dawno zapomniane sceny stają przed oczami.
Najpiękniejszy prezent dostałam od córek - album ze zdjęciami pokazującymi nas w różnych okresach wspólnego życia. Każde zdjęcie ma podpis, który mówi, jakie wspomnienia budzi w moich córkach zatrzymany w kadrze obrazek. Jestem wzruszona.
Wieczorem wśród kwiatów i prezentów pojmuję, dlaczego te urodziny są takie wyjątkowe. Takiego albumu nie mogłabym dostać w wieku 30 czy 40 lat. Trzeba mieć na to przynajmniej 50.
I dlatego skończenie 50 lat jest wielkim świętem zbiorów.
Momentem, kiedy można popatrzeć, co życie nam przyniosło i podsumować swoje starania - wysiłki, wątpliwości, chwile radości i smutku.
Po raz pierwszy w życiu nie żałuję, że jestem starsza.
- Heleen Crul
Tłum.: Maria Wilimek
Dzwoni budzik. Po kiego licha go nastawiłam? - myślę zaspana. Czy to nie niedziela? I wtedy nagle dociera do mnie, że dziś mam urodziny. 50. Wielkie przyjęcie. Dom pełen ludzi. Wstawaj! Pięćdziesięciolatko. Powtarzam to słowo kilka razy, by się z nim oswoić. Idę do łazienki i spoglądam w lustro. Znajoma twarz patrzy na mnie wesoło. Przez noc nie posiwiałam, zmarszczek też nie przybyło.
Nagle drzwi łazienki się otwierają i ktoś mnie obejmuje.
- Wszystkiego najlepszego, mamo - mówi moja młodsza, 22-letnia córka.
Po chwili czuję następny uścisk. To moja 24-latka.
- A ja? Ja też chcę! - dopomina się mój mąż.
Przygląda mi się i głaszcze mnie po policzku.
- Masz wciąż delikatną skórę.
- Pospieszmy się - przerywam te czułości, bo wiem, że od 11 rano do 11 wieczór odwiedzi nas masa gości.
Mąż nieźle się natrudził, by przekonać mnie do hucznych obchodów. Całe życie nie znosiłam uczucia, że staję się o rok starsza. Byłam zmartwiona już kiedy skończyłam 11 lat, 16-latką miałam ochotę być ze trzy lata, 30-latką pięć, a wiek 45 lat chciałam zachować przynajmniej przez dekadę. Im dalej tym gorzej.
Pierwsze siwe włosy dostrzegłam u siebie w wieku 35 lat. Spanikowana stałam przed lustrem, uważnie przyglądając się skroniom. Tak zastała mnie starsza córka.
- Coś się stało? - spytała zaniepokojona moją zbolałą miną.
- Mam pierwsze siwe włosy - powiedziałam z rozpaczą.
- Powinnaś je sobie schować!
Właściwie miała rację. W końcu chowałam na pamiątkę różne rzeczy związane z nowymi etapami życia moich córek.
Potem wszystko wróciło do normy. Do momentu kiedy skończyłam 40 lat. Było nawet całkiem dobrze. Dopiero co wysiadłam z ekspresu, który wiózł mnie jak szalony przez ostatnie 10 lat. Nie miałam specjalnie okazji wyjrzeć przez okno i rozejrzeć się dookoła.
Pomiędzy 30. a 40. wszystko działo się jednocześnie - nauka życia w małżeństwie, zdobywanie pozycji zawodowej, wychowywanie dzieci. Tonąc po uszy w obowiązkach, nie ma się pojęcia, dokąd to wszystko zaprowadzi.
Kiedy więc skończyłam 40 lat, miło było spojrzeć wstecz i pomyśleć o osiągnięciach. Córki wydoroślały i nie potrzebowały już stałej uwagi rodziców. W tym czasie upływ lat ma tylko dobre strony - człowiek znajduje własny styl, jest bardziej dojrzały i pewny siebie.
Jednak zbliżając się do 50. wylatuje się z bezpiecznego, ciepłego kokonu. Nagle słyszy się o swoim "wieku" częściej niż by się chciało, a koleżanki chwalą "świetnie się trzymasz". W skrzynce pocztowej też znajdzie się coś miłego: zachęta do zbadania piersi, bo jest "pani w wieku"... Albo prospekt kursów komputerowych "specjalnie dla ludzi po 50."
Kiedyś pojechałam z córką na 3 dni do Londynu. Plany miałyśmy ogromne, bo ona nigdy tam nie była. Pierwszego dnia wróciłyśmy wieczorem do hotelu z mocnym postanowieniem zostawienia zakupów i ruszenia dalej. Jednak moje nogi powiedziały "nie", były jak z ołowiu. Spojrzałam z utęsknieniem na łóżko i pomyślałam, że naprawdę mam już swoje lata.
- Czy naprawdę musimy jeszcze wychodzić? - spytała córka, kładąc się na łóżku. - Pooglądajmy po prostu telewizję. Padam na nos.
Najwyraźniej nie wszystko można zwalać na wiek.
Oczywiście zdarza mi się zapomnieć jakiegoś nazwiska. Wędrując po górach muszę czasem przystanąć, by złapać dech. Około 1 w nocy lubię ulotnić się z przyjęcia, a niektóre rzeczy - na przykład krążenie po Internecie - nie idą mi jak z płatka. Mąż śmieje się, że braki w pamięci wyjdą mnie i rodzinie na dobre, a z komputerem i młodzi miewają kłopoty.
Podczas rozmowy ze swoim po przednim wydawcą - dziś panem dobrze po 80. - odkryłam, że wiek to sprawa względna. To u niego zaczynałam jako młodziutka dziennikarka.
Kiedy ze wstrętem przyznałam, że niedługo skończę 50 lat, uśmiał się serdecznie. Potem zaciągnął się cygarem, wypił łyczek koniaku.
- 50 lat! Teraz dopiero zaczyna się życie! Jesteś w kwiecie wieku!
Dowodził, że ludzie po 50. mają w sobie coś, czego młodsi nie mają. Wewnętrzny kompas, na którym mogą polegać. Pozwala im trafniej oceniać sytuacje i szansę, jaśniej formułować stawiane sobie cele, lepiej gospodarować siłami.
Skończyłam 50 lat. Dopiero teraz rozumiem, ile się dokonało przez ostatnie 10 lat. Osiągnęliśmy w zawodzie to, na czym nam zależało, a dzieci dorosły i są na studiach. Opuściły gniazdo, zostawiając na pamiątkę swe pokoiki. Poranki są ciche, bez głośnej muzyki dochodzącej z ich dwóch pokoi, a my z mężem mamy wieczory dla siebie.
Kryzys wieku średniego, który towarzyszy tym przemianom, nie zaszkodzi większości moich rówieśników. Może dlatego, że mamy inne możliwości i oczekiwania niż nasi rodzice. Ostatnio rozmawiałam z manią o okresie, kiedy rodziła się moja pierwsza córka. Mama miała 48 lat, ale patrząc na fotografię, trudno uwierzyć, że jest na niej młodsza niż ja teraz.
- Wyglądam dużo starzej od ciebie - stwierdziła.
Rzeczywiście. Moje pokolenie wygląda przynajmniej o 10 lat młodziej niż nasi rodzice w naszym wieku. Mieliśmy szansę zainwestować więcej w swój rozwój fizyczny i emocjonalny. Mama dorastała w czasach II wojny światowej, nie dojadała, a pojęcie zdrowego trybu życia w czasach jej młodości właściwie nie istniało.
Nasi rodzice dostali od losu więcej czasu niż mogli się spodziewać, ale nie mieli jak przygotować się do tej fazy życia. My mamy taką szansę. 50 lat to idealny wiek, aby zastanowić się nad tym, jak żyjemy.
Szczególnie w ostatnich latach zaczęłam zdawać sobie sprawę, że wszystkie siły, inwencję i czas poświęcam pracy, małżeństwu i dzieciom. To typowe dla tego okresu życia. Przysłowie mówi: "Przez pierwsze 40 lat życia buduje się dom zewnętrzny, przez drugie - wewnętrzny".
Każdy, kto lubi i chce stawiać sobie nowe wyzwania łatwo odkryje, że życie zaczyna się po 50. To czas, by zaprzyjaźnić się z życiem. Zrealizować dawne marzenia, kupić motocykl czy studiować egiptologię.
Ja wybrałam pisanie książek.
Na swoje urodzinowe przyjęcie zaprosiłam tylko tych, którzy naprawdę znaczyli coś w moim życiu. Niektórych nie widziałam od lat, ale prawdziwa przyjaźń wytrzymuje próbę czasu. Dziś zdaję sobie z tego dobrze sprawę.
- Masz urocze córki - woła do mnie ktoś z tłumu, który coraz gęściej wypełnia mój dom. - Kiedy je ostatnio widziałem, były o połowę mniejsze.
Wspomnienia. Dawno zapomniane sceny stają przed oczami.
Najpiękniejszy prezent dostałam od córek - album ze zdjęciami pokazującymi nas w różnych okresach wspólnego życia. Każde zdjęcie ma podpis, który mówi, jakie wspomnienia budzi w moich córkach zatrzymany w kadrze obrazek. Jestem wzruszona.
Wieczorem wśród kwiatów i prezentów pojmuję, dlaczego te urodziny są takie wyjątkowe. Takiego albumu nie mogłabym dostać w wieku 30 czy 40 lat. Trzeba mieć na to przynajmniej 50.
I dlatego skończenie 50 lat jest wielkim świętem zbiorów.
Momentem, kiedy można popatrzeć, co życie nam przyniosło i podsumować swoje starania - wysiłki, wątpliwości, chwile radości i smutku.
Po raz pierwszy w życiu nie żałuję, że jestem starsza.
- Heleen Crul
Tłum.: Maria Wilimek
38804 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-04-25 15:19, punktów: -1
Wróciłam do domu w nastroju najgorszym z możliwych. Dzień mijał tragicznie. Spóźniłam się na zajęcia, oblałam kolokwium a na domiar złego w czasie drogi powrotnej złapała mnie ulewa. Był to jeden z tych dni, w których świat nagle bez żadnej przyczyny wali się na głowę a człowiek czuje się smutny i opuszczony w ogromnym świecie. Każdy chyba przeżył coś podobnego w swoim życiu, każdy chyba czuł się tak, jakby świat obrócił się przeciwko niemu.
Weszłam szybko do pokoju spodziewając się wymówek za nieposprzątaną kuchnię i niezrobione zakupy. Zamknęłam za sobą drzwi i krzyknęłam w głębi duszy:
- Ile jest w stanie wytrzymać człowiek? Czy mam na to wystarczająco siły?
Patrzyłam pustymi oczami na klamkę jakbym oczekiwała, że odpowie na moje retoryczne pytanie. Byłam załamana, sfrustrowana i nie miałam kompletnie żadnych chęci do życia.
- Powiem ci ile możesz wytrzymać - usłyszałam nagle za sobą.
Odwróciłam się i zobaczyłam anioła. Miał długie kasztanowe włosy i zielone oczy, do stóp spływała długa błękitna szata. Był piękny, ale.... jego ciało nosiło ślady walki.
- Jesteś w stanie wytrzymać wszystko, co przyniesie ci los. Jeśli będziesz wierzyć. Jeśli będziesz kochać. Jeśli będziesz walczyć.
Patrzyłam jak ogłupiała na jego rany, były mi tak dziwnie znajome, że aż przeszyły mnie ciarki.
- A teraz powiedz... - Zaczął znowu - Ile jestem w stanie wytrzymać ja? I czy mam na to wystarczająco siły?
Po tych słowach wszystko zrozumiałam. Tę ranę nad czołem zadałam, kiedy powiedziałam siostrze żeby nie przychodziła do mnie z żadnymi problemami. Rana na przedramieniu to efekt tego, że zwymyślałam koleżankę za to, że znowu się spóźnia na spotkanie. Stróżka krwi na policzku z pewnością pojawiła się w chwili, gdy starałam wykręcić się od codziennych obowiązków.
Naprawdę sama to wszystko zrobiłam?
- Tak, ty możesz wszystko - wyszeptałam ledwo słyszalnie - bo... jesteś aniołem!
- My też tracimy siły. My też umieramy, jeśli nasi podopieczni nas krzywdzą i w nas nie wierzą. Wtedy powoli tracimy energię i nie możemy ich chronić. W dalszej części ich wiara coraz bardziej zanika i to znów odbiera nam moc. Koło zamyka się i toczy aż jedno z nas zginie.
- Ja w ciebie wierzę! - krzyknęłam jak małe dziecko.
- Więc przyjmij świat takim, jakim jest, znoś jego trudy. Nie krzywdź innych, nie rań mnie. I pozwól mi w ciebie wierzyć tak jak ty wierzysz we mnie, wtedy oboje będziemy mogli wszystko wytrzymać i na pewno będziemy mieli na to siłę.
Każdy dobry uczynek i iskierka nadziei to jedno piórko w skrzydłach Anioła Stróża
- Younga
Weszłam szybko do pokoju spodziewając się wymówek za nieposprzątaną kuchnię i niezrobione zakupy. Zamknęłam za sobą drzwi i krzyknęłam w głębi duszy:
- Ile jest w stanie wytrzymać człowiek? Czy mam na to wystarczająco siły?
Patrzyłam pustymi oczami na klamkę jakbym oczekiwała, że odpowie na moje retoryczne pytanie. Byłam załamana, sfrustrowana i nie miałam kompletnie żadnych chęci do życia.
- Powiem ci ile możesz wytrzymać - usłyszałam nagle za sobą.
Odwróciłam się i zobaczyłam anioła. Miał długie kasztanowe włosy i zielone oczy, do stóp spływała długa błękitna szata. Był piękny, ale.... jego ciało nosiło ślady walki.
- Jesteś w stanie wytrzymać wszystko, co przyniesie ci los. Jeśli będziesz wierzyć. Jeśli będziesz kochać. Jeśli będziesz walczyć.
Patrzyłam jak ogłupiała na jego rany, były mi tak dziwnie znajome, że aż przeszyły mnie ciarki.
- A teraz powiedz... - Zaczął znowu - Ile jestem w stanie wytrzymać ja? I czy mam na to wystarczająco siły?
Po tych słowach wszystko zrozumiałam. Tę ranę nad czołem zadałam, kiedy powiedziałam siostrze żeby nie przychodziła do mnie z żadnymi problemami. Rana na przedramieniu to efekt tego, że zwymyślałam koleżankę za to, że znowu się spóźnia na spotkanie. Stróżka krwi na policzku z pewnością pojawiła się w chwili, gdy starałam wykręcić się od codziennych obowiązków.
Naprawdę sama to wszystko zrobiłam?
- Tak, ty możesz wszystko - wyszeptałam ledwo słyszalnie - bo... jesteś aniołem!
- My też tracimy siły. My też umieramy, jeśli nasi podopieczni nas krzywdzą i w nas nie wierzą. Wtedy powoli tracimy energię i nie możemy ich chronić. W dalszej części ich wiara coraz bardziej zanika i to znów odbiera nam moc. Koło zamyka się i toczy aż jedno z nas zginie.
- Ja w ciebie wierzę! - krzyknęłam jak małe dziecko.
- Więc przyjmij świat takim, jakim jest, znoś jego trudy. Nie krzywdź innych, nie rań mnie. I pozwól mi w ciebie wierzyć tak jak ty wierzysz we mnie, wtedy oboje będziemy mogli wszystko wytrzymać i na pewno będziemy mieli na to siłę.
Każdy dobry uczynek i iskierka nadziei to jedno piórko w skrzydłach Anioła Stróża
- Younga
Strony: 1 2 3 4 >
-

anonimowi
(17897)
-

życzenia
(988)
-

jagoda
(697)
-

ulinka
(688)
-

Miraaz
(567)
-

Lidzia
(488)
-

chantal28
(440)
-

singer
(300)
-

sandrusiaa8
(283)
-

czarnulka88
(281)
Zobacz wszystkich >>
- dziś luźno ;)
Podoba ci się ta strona? Wstaw do siebie nasz link :)
Polecamy:
Partnerzy:



