Opcje:

Opowiadania

rozmiar tekstu: A AA AAA

Strony: <  1  2  3  4  5  6    >

Opowiadania Sortuj: Wedłg daty | ilości punktówDodaj w tej kategorii

37732 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-24 08:59, punktów: 0
Los ślimaka

Pewnego dnia, kiedy byłem z nim [Don Juanem] w mieście, podniosłem ślimaka ze środka chodnika i odłożyłem w bezpieczne miejsce, pomiędzy jakieś pnącza. Byłem przekonany, że pozostawiony samemu sobie, wcześniej czy później zostałby rozdeptany. Uważałem, że przenosząc go w bezpieczne miejsce, uratowałem mu życie.

Don Juan wykazał, że moje przekonanie było bardzo pochopne, bo nie rozpatrzyłem dwóch istotnych faktów. Po pierwsze, ślimak mógł uciekać przed śmiercią od trucizny zawartej w liściach winorośli, po drugie, mógł mieć wystarczająco silną wolę, aby przejść przez chodnik. Wtrącając się, nie uratowałem go, ale sprawiłem, że utracił to, co z takim trudem zyskał.

Oczywiście chciałem odłożyć ślimaka w miejsce, z którego go podniosłem, ale don Juan mi nie pozwolił. Powiedział, że przeznaczeniem ślimaka było to, że jakiś idiota przetnie mu drogę i wyhamuje impet. Jeśli zostawię go tam, gdzie go odłożyłem, być może ślimak zbierze wystarczającą moc, by podążyć tam, dokąd zmierzał.

Pomyślałem, że rozumiem o co mu chodzi. Najwyraźniej jednak zgodziłem się z nim jedynie powierzchownie. Najtrudniejszą dla mnie rzeczą było pozwolić innym – być.

- C. Castaneda
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37728 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-24 08:50, punktów: -1
Budda i bandyta

Pewnego razu zagroził Buddzie śmiercią bandyta zwany Angulimal.
- Bądź, zatem łaskaw spełnić moje ostatnie życzenie - powiedział Budda. - Odetnij tę gałąź z tego drzewa.
Jedno cięcie mieczem i było zrobione!
- Co teraz? - zapytał bandyta.
- Przyłóż ją z powrotem, tak aby się zrosło - powiedział Budda.
Bandyta roześmiał się.
- Musisz być szalony, jeśli uważasz, że ktokolwiek może to zrobić.
- Wprost przeciwnie, to ty jesteś szalony, jeśli sądzisz, że jesteś potężny, bo możesz ranić i niszczyć. To jest zadanie dla dzieci. Tylko wielcy wiedzą, jak tworzyć i leczyć.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37706 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-24 06:05, punktów: 2
Wszystko, co drażni nas w innych może prowadzić do zrozumienia siebie.” Carl Jung

Tolerancja to zewnętrzny wymiar akceptacji – musisz nauczyć się przyj­mować wszystkie cechy innych i pozwolić im być i znajdować wyraz dla własnego człowieczeństwa. Żeby żyć w zgodzie z in­nymi, musisz nauczyć się tolerancji. Tolerancja ucisza ukrytego w twoim umyśle wewnętrznego krytyka, dzięki temu możesz kierować się zasadą"żyj i pozwól żyć innym”.

Pewnego dnia, a miałam wtedy szesnaście lat, szłam 57 Ulicą w Nowym Jorku. Wówczas po raz pierwszy w życiu uświadomi­łam sobie nagle, ze jakiś głos w głowie przemawia do mnie. Przypominało to nieustanny komentarz na temat każdego, kto znalazł się w moim polu widzenia. Głos bez ustanku przekazywał swoje wrażenia, najczęściej niepochlebne Zdałam sobie sprawę, ze potrafię odnieść się krytycznie do każdej mijanej osoby. Na­stępnie przyszła mi do głowy myśl „Czy to nie zdumiewające? Jestem chyba jedyną doskonałą osobą na świecie, bo wszyscy mają jakieś negatywne cechy”.

Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jak śmiesznie to brzmi, przyszło mi do głowy, ze być może moje oceny przechodniów są odzwierciedleniem mnie samej i nie mają nic wspólnego z obiektywną rzeczywistością. Zaczęłam rozumieć, że to, jak ich po­strzegam, mówi więcej o mnie niż o nich. Uświadomiłam sobie również, że prawdopodobnie oceniałam wszystkich tak surowo by samej poczuć się lepiej. Postrzegając ich jako zbyt otyłych, niskich czy dziwacznie ubranych, uważałam siebie przez porów­nanie za szczuplejszą, wyższą i modniej ubraną. Moja nietolerancja we własnym pojęciu gwarantowała mi poczucie wyższości.

W głębi duszy wiedziałam, że krytyka innych pomaga pokrywać własne niedostatki i rekompensuje poczucie braku bez­pieczeństwa. Postanowiłam przeanalizować każdą ocenę usłyszaną w głowie i potraktować ją jako zwierciadło odbijające ukrytą część własnej natury. Odkryłam, ze potrafię zaakceptować tylko nielicznych ludzi. Ponieważ rzadko nawiązywałam kontakty z ludźmi odmiennymi od siebie, doprowadziłam do własnego wyobcowania. Od tamtego dnia traktowałam każdą ocenę jako szansę poszerzenia wiedzy o sobie.

Dokonanie tej przemiany oznaczało, ze muszę przestać oceniać świat. Rezygnacja z pełnego nietolerancji przekonania o własnej racji sprawiła, ze nie mogę już automatycznie uznawać siebie za lepszą od innych, a w rezultacie musiałam przyjrzeć się uważniej własnym wadom.

Ostatnio byłam na służbowym obiedzie z mężczyzną, który miał złe maniery przy stole. W pierwszym odruchu chciałam uznać go za nieprzyzwoitego, a jego maniery za odrażające. Kiedy zauważy­łam, że go oceniam, przerwałam i zapytałam siebie, co czuję. Odkryłam, że było mi wstyd, iż ludzie widzą mnie z kimś, kto żuje z otwartymi ustami i głośno wyciera nos w serwetę. Zdumiało mnie to, jak wielką wagę przywiązuję do tego, jak postrzegają mnie goście w restauracji. Musiałam świadomie zmienić perspektywę – nie postrzegać sytuacji jako związanej z tym mężczyzną, tylko ze mną i moim zawstydzeniem. To pozwoliło mi potrakto­wać zachowanie tego człowieka jak zwierciadło, w którym mogłam dostrzec własny brak poczucia bezpieczeństwa związany z tym, ze jestem widziana z kimś tak dalece odbiegającym od normy.

Ostatecznym celem dokonania takiej zmiany perspektywy w postrzeganiu i nauczeniu się tolerancji jest powiedzenie sobie „No i co z tego, ze ktoś jest taki to a taki” i odzyskanie dzięki temu władzy. Gdyby mężczyzna, z którym jadłam obiad, nadal budził mój wstręt, miałby nade mną władzę. Pozwoliłabym, żeby jego zachowanie wyznaczało moje uczucia. Uświadamiając sobie, że moja ocena jego osoby odnosiła się pod każdym względem do mnie, zneutralizowałam wpływ, jaki miały na mnie jego ma­niery, i odzyskałam władzę.
Kiedy kogoś nie tolerujesz, zapytaj siebie „Jakie uczucie, którego nie chcę doznać, kryje się pod tą oceną?” Może to być przykrość, zażenowanie, brak poczucia bezpieczeństwa, lęk lub jakieś inne negatywne uczucie, które ta osoba w tobie budzi. Skup się na doświadczeniu tego uczucia, aby nietolerancja zniknęła i abyś mógł przyjąć zarówno własne emocje i działania, jak i zachowanie ocenianej osoby.

Pamiętaj, że twoja negatywna ocena drugiego człowieka nie chroni cię przed powielaniem jego niedociągnięć.
Fakt, że uznałam mężczyznę z którym jadłam obiad, za nieprzyzwoitego, nie chronił mnie przed zachowywaniem się lub wyglądaniem jak on, podobnie okazanie mu tolerancji nie sprawi, że zacznę nagle przeżuwać jedzenie z otwartymi ustami.
Bez względu na surowość ocen i nieprzejednanie nietolerancji, nie chronią one przed niczym… poza miłością.

- Cherie Carter-Scott
Jeśli życie jest grą, oto jej reguły.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37692 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 20:14, punktów: 1
OSTATNIE MIEJSCE

Piekło było już prawie całkiem zapełnione, a przed jego bramą oczekiwało jeszcze na wejście wiele osób. Diabeł nie miał innego rozwiązania sytuacji jak tylko zablokować drzwi przed nowymi kandydatami.
- Pozostało tylko jedno miejsce, i jak się rozumie, może je zając tylko ktoś z was, kto był największym grzesznikiem - powiedział. - Czy jest wśród zgromadzonych jakiś zawodowy morderca? - zapytał.
Ale nie słysząc pozytywnej odpowiedzi, zmuszony był przystąpić do egzaminowania wszystkich stojących w kolejce grzeszników.
W pewnym momencie swój wzrok skierował na jednego z nich,
który umknął wcześniej jego uwadze.
- A ty, co zrobiłeś? - zapytał go.
- Nic. Jestem uczciwym człowiekiem a znalazłem się tutaj jedynie przez przypadek.
- Niemożliwe. Musiałeś jednak coś zawinić.
- Tak. To prawda. - powiedział zmartwiony człowiek. - Starałem się być zawsze jak najdalej od grzechu. Widziałem jak jedni krzywdzili drugich, ale sam nie brałem w tym udziału. Widziałem dzieci umierające z głodu i sprzedawane a najsłabsze z nich traktowano jak śmieci.
Byłem świadkiem, jak ludzie czynili sobie wzajemne świństwa i oskarżali się. Jedynie ja wolny byłem od pokus i nic nie czyniłem. Nigdy.
- Naprawdę nigdy? - zapytał z niedowierzaniem diabeł. - Czy to rzeczywiście prawda, że widziałeś to wszystko na swoje własne oczy?
- Jak najbardziej!
- I naprawdę nic nie zrobiłeś? - powtórzył jeszcze raz diabeł.
- Absolutnie nic!
Diabeł zaśmiał się ze zdziwienia:
- Wejdź, mój przyjacielu. Ostatnie wolne miejsce należy do ciebie!

Pewien święty, przechodząc kiedyś przez miasto, spotkał dziewczynkę w podartym ubranku, który prosiła o jałmużnę.
Zwrócił się wtedy do Boga:
- Panie, dlaczego pozwalasz na coś takiego? Proszę Cię, zrób coś.
Wieczorem w dzienniku telewizyjnym zobaczył mordujących się ludzi, oczy konających dzieci i ich biedne wycieńczone ciała.
I znów zwrócił się do Boga:
- Panie, zobacz ile biedy. Zrób coś!
Nocą, święty człowiek usłyszał głos Pana, który mówił:
- Zrobiłem już coś: stworzyłem ciebie!

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37691 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 19:48, punktów: 2
PRZEBACZENIE

Pewien dobry, aczkolwiek słaby chrześcijanin spowiadał się, jak zwykle, u swojego proboszcza. Jego spowiedzi przypominały zepsutą płytę: zawsze te same uchybienia, a przede wszystkim ten sam poważny grzech.

- Koniec tego! - powiedział mu pewnego dnia zdecydowanym tonem proboszcz.
- Nie możesz żartować sobie z Boga.
Naprawdę ostatni już raz rozgrzeszam cię z tego przewinienia.
Pamiętaj o tym!

Ale po piętnastu dniach człowiek znów przyszedł do spowiedzi wyznając ten sam grzech. Spowiednik naprawdę stracił cierpliwość:

- Uprzedzałem cię, że nie dam ci rozgrzeszenia.
Tylko w ten sposób się nauczysz...

Poniżony i zawstydzony mężczyzna podniósł się z klęczek. Dokładnie nad konfesjonałem, zawieszony był na ścianie wielki, gipsowy krzyż. Człowiek wzniósł nań swe spojrzenie.
I właśnie w tym momencie gipsowy Chrystus z krzyża ożywił się, podniósł swoje ramię i uczynił znak przebaczenia:
"Rozgrzeszam cię z twojej winy..."

Każdy z nas związany jest z Bogiem, pewną nitką. Kiedy popełniamy grzech, ta nić się przerywa. Ale kiedy ubolewamy nad naszą winą - Bóg zawiązuje na nitce supełek i w ten sposób staję się ona krótsza. Przebaczenie zbliża nas do Boga.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37688 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 19:25, punktów: 0
LAZUROWA GROTA

Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze.
Patrzył z zazdrością na ludzi, jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach.
- Ci to mają dobrze - zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku.
- Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się...
Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!

Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzny.
Pewnego dnia czekał na niego u drzwi domu.

- Ach to Ty, Boże - powiedział człowiek, gdy Go zobaczył.
- Nie staraj się mnie udobruchać. Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.

Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj.
Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie.

- Chodź ze mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru - powiedział.

Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży: małych, dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.

- To są ludzkie krzyże - powiedział Bóg. - Wybierz sobie jaki chcesz.

Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać.
Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny.
Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia.
Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ.
Złapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł, że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność.

Wreszcie w ciemnym kącie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki ani zbyt niewygodny. Wydawał się zrobiony specjalnie dla niego.
Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.

- Wezmę ten! - zawołał i wyszedł z groty.

Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój stary krzyż ten, który wyrzucił, wchodząc do groty.

"Jak noc nad ranem, tak życie staje się coraz jaśniejsze
w miarę, jak przeżywamy a przyczyna każdej rzeczy wreszcie się wyjaśnia" (Richter).

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37687 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 19:23, punktów: 1
KRĄG RADOŚCI

Któregoś ranka, a było to nie tak dawno temu, pewien rolnik stanął przed klasztorną bramą i energicznie zastukał. Kiedy brat furtian otworzył ciężkie dębowe drzwi, chłop z uśmiechem pokazał mu kiść dorodnych winogron.
- Bracie furtianie, czy wiesz komu chcę podarować tę kiść winogron, najpiękniejszą z całej mojej winnicy? - zapytał.
- Na pewno opatowi lub któremuś z ojców zakonnych.
- Nie. Tobie!
- Mnie? Furtian aż się zarumienił z radości. - Naprawdę chcesz mi ją dać?
- Tak, ponieważ zawsze byłeś dla mnie dobry, uprzejmy i pomagałeś mi, kiedy cię o to prosiłem. Chciałbym, żeby ta kiść winogron sprawiła ci trochę radości.
Niekłamane szczęście, bijące z oblicza furtiana, sprawiło przyjemność także rolnikowi.

Brat furtian ostrożnie wziął winogrona i podziwiał je przez cały ranek. Rzeczywiście, była to cudowna, wspaniała kiść.
W pewnej chwili przyszedł mu do głowy pomysł:
- A może by tak zanieść te winogrona opatowi, aby i jemu dać trochę radości?
Wziął kiść i zaniósł ją opatowi. Opat był uszczęśliwiony.
Ale przypomniał sobie, że w klasztorze jest stary, chory zakonnik i pomyślał:
- Zaniosę mu te winogrona, może poczuje się trochę lepiej.

Tak kiść winogron znowu odbyła małą wędrówkę. Jednak nie pozostała długo w celi chorego brata, który posłał ją bratu kucharzowi pocącemu się cały dzień przy garnkach. Ten zaś podarował winogrona bratu zakrystianowi (aby i jemu sprawić trochę radości), który z kolei zaniósł je najmłodszemu bratu w klasztorze,a ten ofiarował je komuś innemu, a ten inny jeszcze komuś innemu.
Wreszcie wędrując od zakonnika do zakonnika, kiść winogron powróciła do furtiana (aby dać mu trochę radości).
Tak zamknął się ten krąg. Krąg radości.

Nie czekaj, aż rozpocznie kto inny. To do ciebie dzisiaj należy zainicjowanie kręgu radości.
Często wystarczy mała, malutka iskierka, by wysadzić w powietrze ogromny ciężar.
Wystarczy iskierka dobroci, a świat zacznie się zmieniać.
Miłość to jedyny skarb, który rozmnaża się poprzez dzielenie:
to jedyny dar rosnący tym bardziej, im więcej się z niego czerpie.
To jedyne przedsięwzięcie, w którym tym więcej się zarabia,
im więcej się wydaje; podaruj ją, rzuć daleko od siebie,
rozprosz ją na cztery wiatry, opróżnij z niej kieszenie,
wysyp ją z koszyka, a nazajutrz będziesz miał jej więcej niż dotychczas.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37685 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 19:21, punktów: 0
FATHER FORGETS

Posłuchaj synu: mówię to, gdy śpisz, z rączką pod policzkami
i z blond włoskami rozsypanymi na czole.
Sam wszedłem do twojego pokoju. Przed kilku minutami, gdy usiadłem w bibliotece,
by poczytać, ogarnęła mnie fala wyrzutów i pełen winy zbliżam się do twego łóżka.
Myślałem o swoim postępowaniu: dręczyłem ciebie, robiłem ci wymówki,
gdy przygotowywałeś się, aby wyjść do szkoły, gdyż zamiast umyć się wczoraj,
jedynie otarłeś sobie twarz ręcznikiem i zapomniałeś wyczyścić sobie buty.
Zwymyślałem cię, gdy zrzuciłeś coś na podłogę.
W czasie śniadania też wytykałem ci twoje uchybienia, że spadło ci coś na na serwetkę,
że przełykałeś chleb niczym zagłodzony zwierzak, że oparłeś się łokciami o stół,
że zbyt grubo posmarowałeś masłem chleb.
Gdy bawiłeś, ja przygotowywałem się do wyjścia na pociąg.
Oderwałeś się od zabawy, pokiwałeś mi rączką i zawołałeś:
Cześć tatulku! A ja zmarszczyłem brwi i powiedziałem: Trzymaj się prosto.

Wszystko zaczęło się na nowo późnym popołudniem.
Gdy przyszedłem z pracy, bawiłeś się klęcząc na ziemi.
Zobaczyłem wtedy dziury w twych skarpetkach.
Upokorzyłem cię przed kolegami , wysyłając cię do domu.
Skarpety kosztują, mówiłem, gdybyś musiał je kupić je sam,
obchodziłbyś się z nimi bardziej ostrożnie.
Przypominasz sobie, jak wszedłeś nieśmiało do salonu,
ze spuszczonymi oczami, drżąc cały po przeżytym upokorzeniu?
Gdy uniosłem oczy znad gazet, zniecierpliwiony twym wtargnięciem,
z wahaniem zatrzymałeś się przy drzwiach.
Czego chcesz? - zapytałem ostro.
Ty nic nie powiedziałeś, podbiegłeś do mnie,
zarzuciłeś mi ręce na szyję i ucałowałeś mnie,
a twoje rączki uścisnęły mnie z miłością, którą Bóg złożył w twoim sercu,
a która - choćby i nie odwzajemniona - nigdy nie więdnie.
Potem poszedłeś do swego pokoju, drepcząc wolno po schodach.

Otóż synu, zaraz potem, gdy z ręki wysunęła mi się gazeta,
ogarnął mnie wielki lęk.
Co się ze mną dzieje?
Przyzwyczajam się do wynajdowania win, do robienia wymówek.
Czy to ma być nagroda za to,
że nie jesteś osoba dorosłą, że jesteś tylko dzieckiem ?
Dzisiejszej nocy tylko tyle.
Przyszedłem tu, do twojego łóżka i uklęknąłem pełen wstydu.

Wiem, że to jest nędzne wynagrodzenie ,
że nie zrozumiałbyś tych spraw, gdybym ci o nich powiedział, gdy się obudzisz.
Ale jutro będę dla ciebie prawdziwym tatusiem.
Będę ci towarzyszył w twoich zajęciach i zabawach ,
będę czuł się niedobrze, gdy tobie będzie źle
i śmiać się będę, gdy ty będziesz się śmiał.
Ugryzę się w język, gdy do ust cisnąć mi się będą słowa zniecierpliwienia.
Będę ciągle powtarzał sobie:
"On jest jeszcze dzieckiem, małym chłopczykiem!".

Boję się naprawdę, że dotąd traktowałem cię jak osobę dorosłą .
Tymczasem, gdy teraz widzę cię, synu,
skulonego w łóżeczku, rozumiem że jesteś jeszcze dzieckiem.
Wczoraj twoja główka spoczywała bezbronnie na ramieniu mamusi.
Zawsze wymagałem od ciebie zbyt wiele

Wymagamy zawsze zbyt wiele...od innych

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37684 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:48, punktów: 3
Sens życia...

Profesor filozofii stanął przed swymi studentami i położył przed sobą kilka przedmiotów.
Kiedy zaczęły się zajęcia, wziął spory słoik po majonezie i wypełnił go po brzeg dużymi kamieniami. Potem zapytał studentów, czy ich zdaniem słój jest pełny, oni zaś potwierdzili.
Wtedy profesor wziął pudełko żwiru, wsypał do słoika i lekko potrząsnął. Żwir oczywiście stoczył się w wolną przestrzeń między kamieniami. Profesor ponownie zapytał studentów, czy słoik jest pełny, a oni ze śmiechem przytaknęli.
Profesor wziął pudełko piasku i wsypał go, potrząsając słojem. W ten sposób piasek wypełnił pozostałą jeszcze wolną przestrzeń. Profesor powiedział: "Chciałbym, byście wiedzieli, że ten słój jest jak Wasze życie.
Kamienie - to ważne rzeczy w życiu: Wasza rodzina, Wasz partner, Wasze dzieci, Wasze zdrowie. Gdyby nie było wszystkiego innego, Wasze życie i tak byłoby wypełnione.
Żwir - to inne, mniej ważne rzeczy: Wasza praca, Wasze mieszkanie, Wasz dom albo Wasze auto.
Piasek symbolizuje całkiem drobne rzeczy w życiu. Jeżeli najpierw napełnicie słój piaskiem, nie będzie już miejsca na żwir, a tym bardziej na kamienie. Tak jest też w życiu: Jeśli poświęcicie całą Waszą energię na drobne rzeczy, nie będziecie jej mieli na rzeczy istotne. Dlatego dbajcie o rzeczy istotne - poświęcajcie czas Waszym dzieciom i Waszemu partnerowi, dbajcie o zdrowie. Zostanie Wam jeszcze dość czasu na pracę, dom, zabawę itd. Zważajcie przede wszystkim na duże kamienie - one są tym, co się naprawdę liczy. Reszta to piasek. ***

Po zajęciach jeden ze studentów wziął słój, wypełniony po brzeg kamieniami, żwirem i piaskiem. Nawet sam profesor zgodził się, że słój jest pełny.
Student bez problemu wlał do słoja butelkę piwa. Piwo wypełniło resztę przestrzeni - teraz słój był naprawdę pełen.
***

Morał z tej historii - nieważne, jak bardzo jest wypełnione Wasze życie, zawsze jest jeszcze miejsce na " jedno piwo"...
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37681 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:35, punktów: 2
Pocieszenie

Mała dziewczynka wróciła do domu od sąsiadki, której ośmioletnia córeczka niedawno tragicznie zmarła.
- Po co tam chodziłaś? - spytał ojciec.
- Żeby pocieszyć tę biedna panią.
- Jesteś przecież taka malutka, w jaki sposób mogłaś ją pocieszyć?
- Usiadłam jej na kolanach i płakałam razem z nią.

Jeśli obok Ciebie jest ktoś cierpiący, płacz razem z nim.
Jeżeli jest ktoś szczęśliwy, śmiej się wraz z nim.
Miłość patrzy i widzi, nasłuchuje i słyszy.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37680 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:33, punktów: 1
Błękitne kamienie

Jubiler siedział przy biurku i patrzył w roztargnieniu na ulicę przez witrynę swojego eleganckiego sklepu. Jakaś dziewczynka podeszła do sklepu i przycisnęła nosek do wystawy. Jej oczy w kolorze nieba zabłysły, gdy dostrzegła jeden z wystawionych przedmiotów. Weszła zdecydowanym krokiem i wskazała palcem w kierunku wspaniałego naszyjnika z błękitnych turkusów.
- To dla mojej siostry. Może pan ładnie zapakować, bo to prezent?
Właściciel sklepu zmierzył małą klientkę wzrokiem pełnym niedowierzania i zapytał:
- Ile masz pieniędzy?
Dziewczynka bez zakłopotania, wspinając się na palcach, położyła na ladzie metalowe pudełeczko, otworzyła je i opróżniła. Wyleciał z niego bilecik, garść monet, kilka muszli i kilka figurek.
- Wystarczy?- spytała z dumą - Chcę zrobić prezent dla mojej starszej siostry. Od kiedy nie ma już z naszej mamy, ona ją zastępuje i nie ma nawet wolnej chwili dla siebie. Dzisiaj są jej urodziny i jestem pewna, że ten prezent uczyni ją szczęśliwą. Te kamienie maja taki sam kolor jak jej oczy.
Jubiler poszedł na zaplecze sklepu, wyniósł stamtąd wspaniały papier pakunkowy, czerwony i złoty i owinął nim troskliwie szkatułkę.
- Weź go - powiedział do dziewczynki. - Nieś ostrożnie.
Dziewczynka ruszyła, dumnie trzymając w ręku paczuszkę jak trofeum. Godzinę później weszła do sklepu piękna dziewczyna z czupryną w kolorze miodu i przecudnymi, błękitnymi oczami. Położyła stanowczo na ladzie paczuszkę, którą jubiler z taką starannością pakował, i spytała:
- Ten naszyjnik został kupiony tutaj?
- Tak, panienko.
- I ile kosztował?
- Ceny wystawiane przez mój sklep są poufne: przeznaczone dla klienta i dla mnie.
- Ale moja siostra miała zaledwie kilka drobnych. Nie mogłaby nigdy zapłacić za naszyjnik taki jak ten!
Jubiler wziął szkatułkę, zamknął ją wraz z jej zawartością, na nowo starannie zapakował i oddał dziewczynie.
- Twoja siostra zapłaciła.
Zapłaciła cenę wyższą niż ktokolwiek inny: oddała wszystko, co posiadała.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37679 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:29, punktów: 2
Najpiękniejszy ze wszystkich darów

Każdego poranka bogaty i wszechpotężny król Bengodi odbierał hołdy swoich poddanych. W swoim życiu zdobył już wszystko to, co można było zdobyć i zaczął się trochę nudzić.
Pośród różnych poddanych zjawiających się codziennie na dworze, każdego dnia pojawiał się również punktualnie pewien cichy żebrak. Przynosił on królowi jabłko, a potem oddalał się równie cicho jak wchodził.
Król, który przyzwyczajony był do otrzymywania wspaniałych darów, przyjmował dar z odrobiną ironii i pobłażania, a gdy tylko żebrak się odwracał, drwił sobie z niego, a wraz z nim cały dwór. Jednak żebrak tym się nie zrażał.
Powracał każdego dnia, by przekazać królewskim dłoniom kolejny dar. Król przyjmował go rutynowo i odkładał jabłko natychmiast do przygotowanego na tę okazję koszyka znajdującego się blisko tronu.
Były w nim wszystkie jabłka cierpliwie i pokornie przekazywane przez żebraka. Kosz był już prawie całkiem pełen.
Pewnego dnia ulubiona królewska małpa wzięła jedno jabłko i ugryzła je, po czym plując nim, rzuciła pod nogi króla. Monarcha oniemiał z wrażenia, gdy dostrzegł wewnątrz jabłka migocącą perłę. Rozkazał natychmiast, aby otworzono wszystkie owoce z koszyka. W każdym z nich, znajdowała się taka sama perła. Zdumiony król kazał zaraz przywołać do siebie żebraka i zaczął go przepytywać.
- Przynosiłem ci te dary, panie - odpowiedział człowiek - abyś mógł zrozumieć, że życie obdarza cię każdego dnia niezwykłym prezentem, którego ty nawet nie dostrzegasz i wyrzucasz do kosza.
Wszystko dlatego, że jesteś otoczony nadmierną ilością bogactw.

Najpiękniejszym ze wszystkich darów jest każdy rozpoczynający się dzień.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37678 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:24, punktów: 1
Rozgwiazdy

Straszliwa burza rozszalała się na morzu. Ostre podmuchy lodowatego wiatru przeszywały wodę i unosiły w olbrzymich falach, które spadały na plażę, niczym uderzenia młota mechanicznego. Jak stalowe lemiesze orały dno morskie, wyrzucając z niego na dziesiątki metrów od brzegu małe zwierzątka, skorupiaki, małe mięczaki.
Gdy burza minęła, tak gwałtownie jak przyszła, woda uspokoiła się i cofnęła. Teraz plaża była pokryta błotem, w którym zwijały się w agonii tysiące, tysiące rozgwiazd. Było ich tyle, że plaża wydawała się być zabarwiona na różowo.
Zjawisko to przyciągnęło wielu ludzi ze wszystkich stron wybrzeża. Przyjechały nawet ekipy telewizyjne, aby sfilmować to dziwne zjawisko. Rozgwiazdy były prawie nieruchome. Umierały.
Wśród tłumu stało również dziecko, trzymane za rękę przez ojca. Oczyma zasmuconymi wpatrywało się w małe rozgwiazdy. Wszyscy na nie patrzyli, ale nic nie robili. Nagle dziecko puściło rękę ojca, zdjęło buciki i skarpetki, i pobiegło na plażę. Pochyliło się i małymi rączkami wzięło trzy rozgwiazdy, i biegnąc szybko zaniosło je do wody, potem wróciło i zaczęło robić to samo. Zza cementowej balustrady jakiś mężczyzna zawołał:
- Co robisz chłopczyku?
- Wrzucam do morza rozgwiazdy. W przeciwnym razie wszystkie zginą na plaży - odpowiedziało dziecko.
- Tu znajdują się tysiące rozgwiazd, nie możesz uratować ich wszystkich. Jest ich zbyt wiele! - zawołał mężczyzna. - Tak dzieje się na tysiącach innych plaży wzdłuż brzegu! Nie możesz zmienić tego faktu!
Dziecko pochyliło się, by wziąć do ręki inną rozgwiazdę i rzucając ją do wody, powiedziało:
- A jednak zmieniłem ten fakt dla tej oto rozgwiazdy.
Mężczyzna przez chwilę milczał, potem pochylił się, zdjął buty i skarpety, i zszedł na plażę. Zaczął zbierać rozgwiazdy i wrzucać je do morza. Po chwili zrobiły to samo dwie dziewczyny. Było ich czworo, wrzucających rozgwiazdy do wody. Po paru minutach było ich 50, potem 100, 200, tysiące osób, które wrzucały rozgwiazdy do morza. W ten sposób uratowano je wszystkie.

Wystarczyłoby, aby dla przemiany świata ktoś, nawet mały, miał odwagę rozpocząć.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37677 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:21, punktów: 1
Rachunek

Któregoś wieczoru, gdy mama przygotowywała kolację, syn stanął w kuchni, trzymając w ręku kartkę. Z oficjalną miną, dziecko podało kartkę matce, która wytarła sobie ręce w fartuch i przeczytała, co było napisane:
- za wyrwanie chwastów na ścieżce: 5 złotych;
- za uporządkowanie mojego pokoju: 10 złotych;
- za kupienie mleka: 1 złoty;
- za pilnowanie siostrzyczki (3 popołudnia): 15 złotych;
- za otrzymanie dwukrotnie najlepszego stopnia: 10 złotych;
- za wyrzucanie śmieci co wieczór: 7 złotych.
Razem: 48 złotych.
Mama spojrzała czule w oczy syna. Jej umysł pełen był wspomnień.
Wzięła długopis i na drugiej stronie kartki napisała:
- Za noszenie ciebie w łonie przez 9 miesięcy: 0 złotych;
- Za wszystkie noce spędzone przy twoim łóżku, gdy byłeś chory 0 złotych;
- Za te wszystkie chwile pocieszania ciebie, gdy byłeś smutny 0 złotych;
- Za wszystkie osuszone twoje łzy: 0 złotych;
- Za to wszystko, czego ciebie nauczyłam dzień po dniu: 0 złotych;
- Za wszystkie śniadania, obiady, kolacje, podwieczorki i śniadania do szkoły: 0 złotych;
- Za życie, które ci daję każdego dnia: 0 złotych.
Razem: 0 złotych.
Gdy skończyła, uśmiechając się matka podała kartkę synowi. Ten przeczytał to, co napisała i otarł sobie dwie duże łzy, które pojawiły się w jego oczach. Odwrócił kartkę i na swoim rachunku napisał: "Zapłacono"
Potem chwycił mamę za szyję i obsypał ją pocałunkami.
Gdy w osobistych i rodzinnych stosunkach zaczynają się pojawiać rachunki, wszystko się kończy. Miłość jest bezinteresowna albo nie istnieje.

- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37676 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:19, punktów: 1
Pewnego razu łódź przybiła do malej meksykańskiej wioski. Amerykański turysta podziwiając ryby złowione przez meksykańskiego rybaka zapytał ile czasu zajęło mu ich złapanie.

- Niezbyt długo - odpowiedział Meksykanin

- W takim razie, dlaczego nie zostałeś na morzu dłużej żeby złapać więcej takich ryb? - zapytał Amerykanin.

Meksykanin wyjaśnił, że ta mała ilość spokojnie wystarczy na potrzeby jego i całej jego rodziny.

- A co robisz z resztą wolnego czasu? - zapytał Amerykanin.

- Długo śpię, potem złowię kilka ryb, bawię się; ze swoimi dziećmi, spędzam sjestę ze swoja żoną. Wieczorami wychodzę do wioski i spotykam się z moimi przyjaciółmi, wypijamy kilka drinków, gramy na gitarze, śpiewamy piosenki. Żyję pełnym życiem...

Amerykanin przerywa. - Ukończyłem studia MBA na Harvardzie, myślę, że mogę Ci pomóc. Powinieneś zacząć łowić ryby dłużej każdego dnia. Możesz zacząć sprzedawać ryby skoro będziesz łowić ich więcej. Mając dodatkowy przychód możesz kupić większą łódź. Za dodatkowe pieniądze, które przyniesie Ci większa łódź możesz kupić druga łódź i trzecią i tak dalej aż będziesz miał całą flotę statków. Zamiast sprzedawać swoje ryby pośrednikom będziesz mógł negocjować bezpośrednio z przetwórniami i może nawet otworzysz swoją własną fabrykę. Będziesz mógł wtedy opuścić tą małą wioskę i przeprowadzić się do Mexico City, Los Angeles albo nawet do Nowego Jorku! Stamtąd będziesz mógł kierować\' swoimi interesami.

- Ile czasu mi to zajmie? - zapyta Meksykanin.

- Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat - odpowiedział Amerykanin.

- A co później?

- Później? Wtedy dopiero się zacznie - odpowiedział Amerykanin, uśmiechając się - Kiedy twój biznes będzie naprawdę duży, możesz zacząć sprzedawać akcje i robić miliony!

- Miliony? Naprawdę?... A co potem?

- Potem będziesz mógł przejść na emeryturę, mieszkać w małej wiosce na wybrzeżu, długo spać, bawić się z dziećmi, łowić czasami ryby, spędzać sjestę ze swoją żoną i spędzać wieczory bawiąc się ze swoimi przyjaciółmi...


* Morał tej historii: Pamiętaj, dokąd chcesz dojść w swoim życiu, bo może już tam jesteś!
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37675 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:14, punktów: 0
Najpiękniejsze serce

Pewien młodzieniec chwalił się, że ma najpiękniejsze serce w dolinie. Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie i błyszczące. Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne.

Jednak w pewnym momencie jakiś strzec z tłumu krzyknął: Dlaczego twierdzisz, że twoje serce jest najpiękniejsze skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego?

Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał. Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków. Wiele tez w nim było kawałków które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca. Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa że jego serce jest piękniejsze skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne jak jego własne serce.

Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca.

Powiedział też, aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł:

- Widzisz te blizny i brakujące kawałki? Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób a niesie to ryzyko, bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych , ale oni nie dają nam nic w zamian.

Stąd te blizny, bo choć dałem im część swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje. Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu.

Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili.

Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo.

Padli sobie w ramiona i rozpłakali się, po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni. Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca w miejsce brakującego kawałka, który dał starcowi. Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca.

Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał.

Autor- Bruno Ferrero
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37674 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-23 18:12, punktów: 2
Drewniany płot

Marek nie miał łatwego charakteru. Jego ojciec dał mu pewnego dnia worek gwoździ i kazał wbijać w okalający ogród płot - każdy brak cierpliwości, każdą kłótnię miał dokumentować jeden gwóźdź w płocie.
Pierwszego dnia wbił ich 37. W następnych tygodniach nauczył się panować nad sobą i liczba wbijanych gwoździ malała z dnia na dzień: odkrył, że łatwiej jest panować nad sobą niż wbijać gwoździe.
Wreszcie nadszedł dzień, w którym nie wbił ani jednego. Poszedł więc do ojca i powiedział mu to. Wtedy ojciec kazał mu wyciągać z płotu jeden gwóźdź każdego dnia, w którym nie straci cierpliwości i nie pokłóci się z nikim.
Mijały dni…… i w końcu Marek mógł powiedzieć:
- Wyciągnąłem z płotu wszystkie gwoździe.
Wtedy ojciec zaprowadził go przed płot i rzekł:
- Spójrz ile w płocie jest dziur. Płot nigdy już nie będzie taki, jak dawniej.
Kiedy się z kimś kłócisz, kiedy kogokolwiek i w jakikolwiek sposób obrażasz, zostawiasz w nim ranę. Możesz wbić człowiekowi nóż, a potem go wyciągnąć, ale rana pozostanie. Nieważne, ile razy będziesz przepraszał, rana pozostanie; rana zadana słowem boli tak samo, jak rana fizyczna.
Mów więc ludziom miłe rzeczy, uśmiechaj się zamiast martwić i denerwować, nie narzekaj, nie patrz na wroga wilkiem, a jeśli to możliwe postaraj się zrobić coś, co wywoła choć niewielki uśmiech na jego twarzy.
Wiem, to nie jest łatwe, ale nikt nie mówi, że życie jest usłane różami i nie wymaga od nas żadnego wysiłku.

Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37651 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-22 10:10, punktów: 1
Druga połowa duszy

Dziewczyna siedziała znudzona na próbie i patrzyła na zegarek. Była przemęczona i chyba jak nigdy wcześniej marzyła o wyjściu. Czegoś jej brakowało dlatego chciała jak najszybciej wyjść. Za dużo wspomnień i myśli ukrytych było w tym budynku. Kiedy wybiła 17 wstała i zaczęła się zbierać. Nie czekała jak wcześniej. Znała sytuację i dobrze wiedziała, że ona dla NIEGO się nie liczy. Właściwie nigdy się nie liczyła, to były tylko złudzenia. Jej zdziwienie było ogromne kiedy telefon zasygnalizował nieodczytaną wiadomość. "Czekam na Ciebie." Nadawcą był ON. Dziewczyna wyszła na długi korytarz, na samym końcu stał jej nieosiągalny ideał. Tak nazywała go w myślach. I taki był, niczym nieodkryty raj. Poznała go tak dokładnie, a nigdy nie był jej. I nigdy już nie miał być jej. Kiedy go ujrzała - zatrzymała się. Nie była w stanie zrobić kroku, po chwili jednak odetchnęła i zaczęła iść długim korytarzem w stronę chłopaka. Miała ochotę biec, rzucić mu się na szyję i nigdy nie pozwolić odejść. Nie wiedziała jednak w jakim celu ON czeka właśnie na nią. Po tym wszystkim... Po tych krzywdzących słowach wykrzyczanych mu prosto w twarz, po tych przepłakanych nocach, po tej pustce. Nie było słów jakimi mogła wyrazić swój smutek, kiedy nagle zniknął z jej życia.
Szła powoli, robiąc cichutki niczym deszcz hałas swoimi szpilkami. Patrzyła w jego oczy i widziała w nich wszystko. Cały swój świat. Delikatnie podeszła i nie wiedząc co robić zatrzymała się. Nie spuszczała wzroku z jego błękitnych oczu,które patrzyły na nią uważnie. Chłopak odgarnął jej czule włosy. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Zawsze była wulkanem energii teraz jednak milczała, poza oczami. Oczy nie milczą nigdy. Czekała na jego słowa.
- Cały czas pamiętałem Twój zapach.
- Ja... ja też. Tego... się nie zapomina. Ciebie. Ciebie się nie zapomina.
- To Ciebie się nie zapomina, za każdym razem kiedy zamknę oczy widzę Ciebie. Twoje oczy, Twój uśmiech, wszędzie widzę Twój płaszcz. Myślałem, że to chwilowe... Że zapomnę... Ale cały czas marzyłem tylko o tym, żeby ujrzeć Cię choć jeszcze raz. Zdałem sobie sprawę,że nie zależy mi na niczym innym. Muszę słyszeć Twój głos, patrzyć na Ciebie, niczego więcej nie potrzebuję... Nie jesteśmy już razem. Jestem tu dla Ciebie.
Dziewczyna patrzyła i nie wierzyła, sądziła ,że to sen.
- Ale... - nie wiedziała co powiedzieć. - Nawet nie wiesz ile razy odwracałam głowę na ulicy, żeby się przekonać ze to nie Ty. Ja też jestem sama. Dobrze wiedziałam, że nikt nie da rady zająć Twojego miejsca.
Chłopak łagodnie ją pocałował. To było idealne. Ona czekała na to odkąd się poznali i już straciła nadzieję, że to się wydarzy... Uwielbiała jego dotyk, niczym letni wiatr. Tylko jego ramiona miały kształt jej spokoju i wolności, o której zawsze marzyła. Oboje poczuli, że znaleźli to, czego całe życie szukali. Ale tak naprawdę zakochali się w sobie, zanim jeszcze się poznali. W prawdziwej miłości musi być właśnie tak.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37650 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-22 10:08, punktów: 0
Walka z chorobą

Minęła ta ciągła niepewność,minęły smutne dni. Wyszło wreszcie słońce, zakwitły kwiaty. Dzień nie jest już szary jak zwykle. Sara-siedemnastoletnia dziewczyna rok temu dowiedziała się, że jest chora. Tego dnia zawalił się jej cały świat, diagnoza była jednoznaczna, Sara musiała dostać nowe serce. Czas uciekał ,a ona dnia na dzień traciła nadzieję na lepsze jutro. Nic ją nie interesowało, zamknęła się w sobie, z nikim nie chciała rozmawiać. Wspominała swoje życie, tak krótkie. Żałowała, że zmarnowała te 17 lat na ciągłym przesiadywaniu przed komputerem lub telewizorem. Była zamknięta jak w klatce. Z domu wychodziła jedynie do szkoły lub do sklepu. Nie miała dobrego kontaktu z rodzicami,młodszą siostrą i koleżankami z klasy. Była sama. Kiedy leżała w szpitalu przez jej głowę przelatywało wiele myśli. Nie mogła zrozumieć, dlaczego zachorowała.Zastanawiała się czy to kara za jej zachowanie, czy Bóg zapomniał o niej? Te kilka miesięcy na jednym z oddziałów szpitala spowodowały, że Sara zrozumiała jak ważne jest życie. Leżała na sali z siedmioletnią dziewczynką, która była bardzo ciężko chora. Gabrysi zostało zaledwie kilka dni życia, a ona była pełna energii, chciała wykorzystać ten czas jak najlepiej. Sara nie mogła zrozumieć,dlaczego na jej twarzy gości cały czas uśmiech, przecież za kilka dni może nie być jej już wśród żywych.

- Dlaczego cały czas się śmiejesz, tryskasz radością kiedy wiesz, że umierasz? – spytała Sara.

-Mam 7 lat i wiem, że kiedy umrę ludzie będą mnie wspominać taką jaką byłam. Nie chce żeby zapamiętali mnie płaczącą i histeryzującą, dlaczego mnie to spotkało. Moja mamusia mówi, że Bógułożył dla każdego scenariusz życia, ale to od nas zależy jak je wykorzystamy.Ja czerpie z tego życia jak najwięcej, cieszę się, że mam rodzinę, przyjaciół.Raduję się kiedy widzę jak zmienia się świat, który mnie otacza, jak spada pierwszy śnieg w zimie, zakwita trawa wiosną, ludzie pływają w morzu latem i jak robi się kolorowo, gdy przychodzi jesień. Cieszę się kiedy rano mogę wstać i iść do szkoły, a wieczorem podziękować Bogu za to co mnie dziś spotkało. –odpowiedziała Gabrysia

-Jesteś jeszcze mała i nie rozumiesz pewnych spraw. Życie wcale nie jest takie kolorowe jak sobie wyobrażasz. Świat jest pełen przemocy i okrucieństwa, a ludzie są mili, gdy jesteś im do czegoś potrzebna.

-Nie poznałam świata od tej drugiej strony, ale wiem, że ty dostrzegasz jedynie jego wady. Nic cię nie cieszy.Wyjrzyj przez okno i powiedz mi co widzisz.- poprosiła Gabrysia

Sara z lekką niechęcią podeszła do szpitalnego okna.

- Widzę ludzi, drzewa, słońce…. –powiedziała Sara

- Ja widzę słońce, które specjalnie dla mnie wyjrzało zza chmur, drzewa, które kłaniają się na mój widok, kwiaty witające mnie radośnie i ludzi uśmiechających się do mnie przyjaźnie.

- Widzisz to co chcesz zobaczyć,a w rzeczywistości wcale tak nie jest.

- Masz rację, może i nie jest,ale ja chce dostrzegać tylko dobre strony świata, a te złe odpychać na boczne tory. – odpowiedziała Gabrysia i z uśmiechem na ustach wyszła z Sali.

Sara została sama. Zastanawiała się nad tym co powiedziała jej dziewczynka. Wieczorem kiedy położyły się już spać, Gabrysia uklęknęła i zaczęła się modlić. Po skończonej rozmowie z Bogiem zwróciła się do Sary:

- Pomyślałam sobie, że Bóg ingerował w to, że znalazłyśmy się na tej samej sali. Ty jesteś pesymistką,która nie lubi ludzi, stroni od nich, a świat widzi tylko w szarych barwach,natomiast ja jestem optymistką, która kocha życie i zna jego wartość. Docenia to, że mogła się urodzić i żyć właśnie w takich czasach. Może ja mam być lekarstwem dla Twojej zranionej duszy. Mam pomóc zrozumieć tobie wartość życia i pokazać świat przez różowe okulary?

Sara nie odpowiedziała, zastanawiała się nad sensem wypowiedzianych przez małą słów. A może faktycznie ocenia ludzi i świat zbyt krytycznie? Zmęczona usnęła, w nocy obudził ją hasał. Gdy otworzyła oczy zobaczyła lekarzy, którzy walczyli o życie Gabrysi. Niestety długa reanimacja nie przyniosła żadnych efektów. Mała odeszła na zawsze….

Te kilka dni po śmierci Gabrysi minęły Sarze nad rozmyślaniem nad jej życiem. Zaczęła wychodzić na świeże powietrze, słuchać śpiewu ptaków, obserwować świat. Spotykała się ze znajomymi ze szkoły. Z dnia na dzień zmieniała się. Zaczęła dostrzegać szczegóły. Pewnej nocy w swoim śnie zobaczyła uśmiechniętą Gabrysię, która wyciągała do niej swoje drobne rączki.

- Czy ja umieram?- zapytała Sara

- Wszystko zależy od Ciebie. Mogę zabrać cię ze sobą jeśli nie chcesz już żyć, ale możesz się odwrócić i cieszyć się każdą sekundą, którą dostałaś od Boga. – odpowiedziała Gabrysia

- Nie chcę umierać. Dzięki Tobie zrozumiałam, że życie jest piękne i nie warto z niego rezygnować.

Gdy Sara wypowiedziała te słowa,Gabrysia zniknęła, a ona obudziła się i ujrzała obok siebie lekarza, który powiedział jej, że ma dla niej serce. Nigdy nie czuła się tak szczęśliwa …

Po operacji Sara zmieniła sposób swojego życia. Teraz jest uśmiechnięta, spotyka się ze znajomymi, kocha przebywać na świeżym powietrzu. Doświadczenia ze szpitala zmieniły ją. Już wie,że nie należy zawracać sobie głowy zmartwieniami, a jej życie jest przystanią pod słońcem, w której czuje się bezpiecznie i szczęśliwie …
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus
37649 | Opowiadania | Dodał: anonimowi, 2012-02-22 10:02, punktów: -1
Najpiękniejsza i zarazem najgorsza historia w moim życiu.

Mam 15 lat. Wszystko zaczęło się tak niewinnie. Przyjaźniliśmy się z nim od 10 miesięcy , wydawałoby się , że nic między nami nie będzie. Rozmawialiśmy codziennie o wszystkim. Po jakimś czasie zauważyłam, że inaczej się zachowuje w stosunku do mnie. Czułam, że zaczynam mu się podobać, ale i tak nic się nie zmieniało... przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Coraz częściej rozmawialiśmy. Pewnego dnia poczułam, że czuję do niego coś więcej niż powinnam. Bałam się tego uczucia, ponieważ już kiedyś zostałam mocno zraniona. Wtedy obiecałam, że mimo wszystko będę się kryła z tym uczuciem. Ale nie dałam rady. To było najsilniejsze uczucie jakiego dotąd doznałam. Jak byliśmy sami i rozmawialiśmy to nic się nie liczyło, tylko on. Każdego dnia pisaliśmy do siebie sms-y , rozmawialiśmy na gg i rozmawialiśmy w szkole. Po 3 tygodniach wiedziałam, że jestem w nim nieodwołalnie zakochana. Stwierdziłam, że jest inny niż reszta chłopców i, że warto dać nam szansę. Wreszcie odważyłam się napisać mu wiadomość o treści " Wiem, że jesteśmy przyjaciółmi, ale poczułam do Ciebie coś więcej nić powinnam..." Odpisał mi natychmiast " ja do Ciebie też coś czuję :D". Ucieszyłam się, poczułam jak gdzieś w środku robi mi się ciepło. Potem doszło do spotkań i stało się, byliśmy razem. Zakochałam się w nim naprawdę. Byłam taka szczęśliwa jak nigdy. Po miesiącu naszego szczęścia, poczułam, że coś się dzieje złego między nami. Doszło do kłótni, kłamstw (on mnie okłamywał). Był obojętny w stosunku do mnie. Przestał się mną interesować. Poczułam, że mnie nie kocha. Stwierdziłam, że lepiej znać najgorszą prawdę, ale prawdę. Więc z nim porozmawiałam, powiedział "nadal Cię kocham." Ucieszyłam się, ale i tak to mi nie dawało spokoju, czułam, że to nieprawda. Zaczęłam smutnieć, mieć wymioty, krwotoki z nosa (wtedy myślałam, że za bardzo się tym wszystkim przejmuję). Czułam jakbym traciła część siebie. W nasz ostatni czwartek doszło do poważnej rozmowy. Wygarnęłam mu jaki był... Prosto za szkoły poszłam odebrać badania , bo mama niepokoiła się moim stanem... Załamałam się wtedy. Byłam chora, poważnie chora i nadal jestem. Zostało mi maks. 2 lata życia... i w każdej chwili mogę umrzeć. Bałam się, ale wiedziałam, ze on jest... a póki przy mnie będzie, to nic mi się nie stanie.

W piątek w szkole nawet się ze mną nie przywitał, a ja nie miałam siły, żeby z kimkolwiek rozmawiać. Nie wiedziałam jak mu to powiedzieć. Z tego dnia pamiętam niewiele... Do nikogo się nie odzywałam, byłam jak zombie... blada (po nieprzespanej nocy). Po lekcjach podszedł do mnie... długo rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Ale ja powiedziałam, że to się da naprawić... On powiedział, że nie... bo nasze drogi się rozeszły. Widziałam , że jak to mówił, to miał łzy w oczach. Wtedy powiedziałam mu o chorobie. A On na to "Nie martw się, poradzisz sobie . Jesteś wyjątkowo silna".
Wtedy już wiedziałam, że to koniec... koniec nas i mnie. Byliśmy razem 2 miesiące. Teraz z każdym dniem jestem coraz bliżej śmierci. Ale jestem mimo to szczęśliwa... bez niego. Daję sobie radę, nie pokazuję mu, że cierpię. Staram się mu pokazać, że jestem szczęśliwa. Lecz on jest przygnębiony...

Pomimo choroby czuję się silniejsza, mam wspaniałych przyjaciół, którzy mnie wspierają. Czuję, że odżyłam.
Skomentuj (0) | Oceń: Plus lub minus

Strony: <  1  2  3  4  5  6    >
Poleć Klamerkę
Szukaj
Twoje konto

Zarejestruj się

Polecamy!
prezenty

Imieniny
  • życzenia imieninowe
Najwięcej dodali
Święto na dziś
  • dziś luźno ;)
    Masz bloga albo stronę?
    Podoba ci się ta strona? Wstaw do siebie nasz link :)